11.03.2018 - 27.kolejka LOTTO Ekstraklasy - Lech Poznań - Jagielonia Białystok. Poznań, Polska.

Polska piłka nie taka słaba jak nam się wydaje? Jakie są powody degrengolady naszego futbolu?

Kibice narzekają, dziennikarze rozprawiają nad tym jak podnieść naszą ligę z kolan, nieudolnie stara się to robić PZPN, jednak, czy faktycznie ta liga jest aż tak fatalna jak nam się wydaje? Kibice odpływają z trybun, Ekstraklasa SA nie ma za bardzo jak chwalić się rosnącymi słupkami z frekwencją, tak jak to było w poprzednich sezonach, mimo że wręcz nakazuje klubom podawać liczbę uprawnionych zamiast realnej liczby fanów na trybunach. Obraz ligi został nadszarpnięty nie tylko przez wzmożone ostatnio działania kiboli, ale także i wyniki naszych zespołów w pucharach. Zła „prasa” od zawsze trzymała się tej ligi, ale teraz wpadliśmy w największy dołek od lat, dlatego to nie dziwi. Jednak z czego to wynika? Z zaniechania mitycznego szkolenia, bądź złych warunków treningowych? Niekonicznie.

Szkolenie jakie było kiedyś każdy wie, ono jak i warunki treningowe się poprawiły, oczywiście nie w stopniu zadowalającym, dalej jesteśmy pod tym względem zaściankiem Europy, a zawstydzają nas nawet Bułgarie i Ukrainy, jednak zdecydowanie to nie jest powodem pogarszającego się poziomu rozgrywek w ostatnim czasie. Ba, do klubów napływa więcej zdolnych piłkarzy młodego pokolenia, jednak problemem w tym wypadku jest łatwość wyjazdu za granicę i dobra renoma naszych młodych piłkarzy w ostatnim czasie.

Z drugiej strony kluby mają więcej pieniędzy na transfery i przynajmniej teoretycznie wydają je rozsądniej niż kilka lat temu, kiedy naszą ligę zalewały wagony Słowaków i innych wtedy gorszych piłkarskich nacji. Piłkarze przychodzący zarabiają więcej, są nieco lepiej selekcjonowani niż kilka lat temu, jednak stosunek jakości do ceny dalej jest na rażąco niskim, pewnie najniższym w Europie poziomie. A mimo to… w kolejnych latach kluby dostaną jeszcze więcej pieniędzy, mimo gorszych wyników, słabszych frekwencji czy akcji chuligańskich.

Nowe rozdanie praw telewizyjnych przyniosło niemal stumilionowy wzrost przychodów dla zespołów w najwyższej klasie rozgrywkowej, teraz taki Piast, Arka czy inne Zagłębie Sosnowiec otrzyma te 4-5 milionów więcej na sezon, za co? No właśnie nie wiadomo za co… Jedak taka kwota może zbudować im dodatkowe pół budżetu na sezon, który mogą spożytkować na coś opłacalnego, co w przyszłości podniesie poziom ligi. Tak się pewnie nie stanie, a pieniądze zostaną „umoczone” na kolejnych przepłacanych gwiazdorów, zamiast na budowę boisk i wzmacnianie szkolenia grup młodzieżowych, co powinno być jedynym i bezwzględnym warunkiem otrzymania tych środków. Jednak to jest dyskusja na inny felieton.

Każdy z Was w tym momencie przeczytał jeszcze raz tytuł tekstu, który obecnie czytacie, tak, dalej zmierzamy w kierunku, w którym chcę wykazać, iż co do naszej ukochanej Ekstraklasy możemy się grubo mylić, a problem nie jest w pieniądzach czy szkoleniu, ale gdzie indziej.

Do meritum, jest wiele przesłanek ku temu, iż te rozgrywki same w sobie nie gromadzą samych nieudaczników, wiadomo pojawiają się odstępstwa od reguły, jednak z zewnątrz nie jesteśmy odbierani jako zaścianek Europy, dlaczego?

Ten sezon dobitnie pokazał, że nie zawsze liczą się gwiazdy, lecz kolektyw, mocne charaktery i silni przywódcy na ławkach trenerskich. Pokazał to np. Legii Spartak Trnava, złożony z ekipy ekstraklasowych przeciętniaków pokroju Grendela czy Vlasko, a także samego trenera, który w Polsce miał tylko jeden przebłysk w postaci wicemistrzostwa Polski Piasta Gliwice. Praktycznie każdy zawodnik czy trener wyjeżdżając z naszej ligi zaczyna nagle odnosić sukcesy, wskakuje na wyższy poziom, od „tak”. Magia? Przypadek? A może to my nie potrafimy docenić niektórych jednostek, gdy pojawiają się w naszym kraju? Może to nie z włodarzami klubów jest coś nie tak? Teoretycznie mogą oni podejmować dobre decyzje, jednak w praniu niemal za każdym razem wychodzi coś nie tak.

Spartak Trnava to oczywiście jeden z wielu przykładów. Nenad Bjelica i jego Dinamo Zagrzeb dobrze radzące sobie w pucharach, zdobywające wszystko na krajowym podwórku. W tej samej lidze kapitalnie radzi sobie Łukasz Zwoliński, w Polsce umęczony w Pogoni i Śląsku, wyrzucony, wydawałoby się na peryferia futbolu gdzieś w chorwackiej Goricy, będący obecnie najlepszym strzelcem tamtejszej teoretycznie silniejszej ligi. O takich graczach jak Prijović czy Piątek, strzelających jak na zawołanie w swoich ligach nie ma co wspominać, bo oni już u nas się wybijali. Kilka innych przykładów: Kazaiszwili w MLS w tym sezonie 10 goli i 4 asysty, Elvir Koljić w tym sezonie przeszedł do Craiovej, gdzie w pięciu meczach ligi rumuńskiej zdobył 5 goli, wcześniej w Krupie 8 bramek w 7 meczach, bardzo dobre wejście do Dinama Brześć miał też drugi z odpalonych napastników Lecha – Chobłenko, samego siebie przechodzi Hildeberto, który nagle zrzucił sporo kilo i wygląda jak atleta, rzecz jasna w lidze portugalskiej w brawach Setubal radzi sobie bardzo dobrze – 3 bramki w 5 spotkaniach, Lasse Nielsen w przeciętnym Trelleborgu zagrał rundę życia, którą udowodnił dwoma golami, Adam Gyurcso gra bardzo dobry sezon w Chorwacji, na razie 2 gole i 3 asysty, w Spartaku Trnava gra też… Patryk Małecki, Pol Llonch gra w podstawowym składzie solidnej drużyny w Holandii, Fran Velez sporo gra w Arisie Saloniki, Guti gra w Osijeku wszystko od deski do deski, jest czołowym graczem ligi na swojej pozycji, na Słowacji odżył też Mihalik. Do tego wspominany trener Bjelica, Romeo Jozak przymierzany do Basel (obecnie trener Kuwejtu), Kocian w Trnavie, czy Klafurić, który prawdopodobnie obejmie Rijekę.

Sporo tego, prawda? Problemem prawdopodobnie jest mentalność piłkarzy i klubowych działaczy, a także… kibiców, którzy ciągle chcą więcej, często wymagając ponad miarę, niejako rządzą klubem i piłkarzami w zależności od wyników. To też pod naporem kibiców odbywają się niektóre zmiany, często przedwczesne, na stołkach trenerskich. Mentalne pojazdy na samych piłkarzy, przede wszystkim na portalach społecznościowych, groźby, czy „spadające liście” w niektórych klubach sprawiają, że niektórzy nie tylko sobie z tym nie radzą. Niektórym się odechciewa, a nie robią z tym nic, bo w klubie dostają solidną pensję, więc jakoś zaciskają zęby i coś tam grają, po czym odchodzą i nic z tego nie wynika dla klubu i tych kibiców. Każdy z nas w pracy mając słabą atmosferę też będzie gorzej pracował, nie będzie mu się chciało przykładać się do pracy, bądź po prostu częściej będzie się mylił.

Z kibiców-Polaków wychodzi w tym wypadku chora mentalność, podobnie jak było to w przypadku dyskusji po sukcesie siatkarzy, kto więcej zarabia i czemu piłkarze, którzy nic nie osiągają. Polaczkowość dotyka sport, przede wszystkim te zawody i tych ludzi, którym się lepiej powodzi, którzy po prostu mają więcej mamony. Oni są gnojeni, im się zazdrości, bo przecież „jak on może, a ja nie”? Nie oszukujmy się, stadion to nie teatr, a piłkę nożną oglądają głównie ludzie ze średniej klasy społecznej, którzy w życiu raczej się nie dorobili, stadion to dla nich miejsce ujścia wielu złości i kompleksów, widoczna eskalacja „zła” w tym przypadku w naszym kraju jest na tyle duża, że piłkarze, jako grupa społeczna też sobie z nią nie radzą. Zaraz jeden z drugim pomyśli – „no zarabiają więcej, wybrali taki zawód, więc niech sobie z tym radzą”. Ludzka psychika też ma swoje granice (poza tym nie przesadzajmy, w Ekstraklasie nie grają tuzy światowego futbolu), gdy piłkarz wyjeżdża do innego kraju, tam też mierzy się z presją, nie są to kluby, które mają na trybunach samych „januszy”, a jednak radzą sobie zdecydowanie lepiej, nagle pewne blokady puszczają i gracz wskakuje na „swój” poziom, jak np. w przypadku Zwolińskiego. W przypadku wielu trenerów było to samo, na początku pewni siebie, później nie radzący sobie z krytyką opinii publicznej czy kibiców, takich przykładów było wiele, zwłaszcza w topowych klubach takich jak Lech, czy Legia, gdzie ta presja jest największa. Tutaj można wrócić do przykładu Bjelicy, który nagle zaczął wygrywać i zbiera bardzo dobre opinie u siebie w kraju. Może to właśnie nasza mentalność, jako kibiców w naszym kraju ogranicza niejako rozwój tego sportu i tej ligi? Widać to po trybunach, póki jest dobrze, zespół wygrywa to kibice, tak jak to było całkiem niedawno, tłumnie przychodzą np. na taką Wisłę Kraków, podobnie jest też w innych miastach i pewnie znowu będzie tak teraz np. u lidera w Gdańsku. Gdy powinie się noga, zaczyna się permanentna krytyka. Dryfowanie od ściany do ściany to specjalność kibiców piłki nożnej w Polsce.

Tak samo było z kadrą piłkarską przed i na mundialu, co w kontekście Euro, gdzie jechaliśmy niemal bez presji z dobrą „prasą”, pokazało różnicę w podejściu mentalnym też samych piłkarzy. Ktoś powie – „siatkarze jednak dają radę, potrafią walczyć i przenosić góry na parkiecie” – jasne, ale czy wobec nich, ktoś cokolwiek wymagał przed zakończonym niedawno mundialem? Czy ten zespół miał złą „prasę” oraz był krytykowany przez kibiców? W ostatnich dwóch-trzech latach w tej dyscyplinie delikatnie mówiąc się nie popisywaliśmy, rok temu dodatkowo zawaliliśmy Euro w Polsce, ktoś o tym pamięta? Przeszło to bez echa przez opinię publiczną, która nawet nie pamiętała o zeszłorocznej „wtopie”, obecna ekipa grała z czystą kartką, nawet w przypadku porażek byli tłumaczeni i wspierani. Tego brakuje piłkarzom, dlatego że zarabiają znacznie więcej. Kasa zmienia mentalność człowieka, ale nie wyłącza go na otoczenie i to muszą zrozumieć wszyscy „wierni” kibice kopanej w naszym kraju.

Tak samo jest właśnie z naszą ligą, popadamy w marazm i przeciętność, trybuny tylko wymagają i grożą w złych momentach. W Poznaniu nie ma dopingu, ludzie nagle zapomnieli o swoim klubie w ciężkich chwilach, pod przykrywką słabego zarządzania, co skutkuje obecnymi wynikami. Hipokryzja wylewa się z każdej strony, bo nie trzeba daleko szukać w pamięci meczu z Genkiem, gdy Lech miał co najmniej niezły czas w lidze, której przewodził, wtedy doping wrócił, kibice potrafili wspierać zawodników, tych samych, których wybierał obecny zarząd, tego samego klubu, na który są teraz obrażeni, mimo to że wiedzą, iż obecna sytuacja wiele się nie zmieni na przestrzeni kilku lat. Czemu? Przez brak wsparcia i permanentny kwas w otoczeniu klubowym. Niech każdy sobie teraz odpowie – czy gdyby miał taką sytuację w swojej pracy, to czy firma nagle by stanęła na nogi i notowała lepsze wyniki?

Piłkarze to widzą i czują, oni są wykonawcami tego co zleci im trener i za co zapłaci prezes oraz pośrednio kibice. Ciągnąc temat Lecha, który jest doskonałym przykładem typowego polskiego klubu, który przeżył ostatnio degrengoladę – włodarze ściągnęli, tak jak chcieli kibice, po dwóch graczy z wyżej półki. Tiba i Amaral wjechali w ligę z drzwiami, teraz… dostosowali się do poziomu pozostałych ligowców. Stracili formę i umiejętności, nagle… Nagle stracili chęci do grania właśnie przez to co zaczęło się dziać wokół klubu, gdy temu zaczęła powijać się noga. Tak samo mają piłkarze Legii, Lechii, Wisły i pewne też paru innych klubów.

Ostatnia sprawa, która może też dawać nam wyznacznik poziomu ligi to powołania do kadry. Na Twitterze kibice starają sobie przypomnieć ostatnie ciekawsze powołania do solidnych reprezentacji z naszej ligi i… tak naprawdę pamięcią muszą sięgać daleko. Teraz Gytkjaer w Danii i wyśmiewany w Kielcach Diaw w reprezentacji Senegalu, która nas zlała na mundialu. To też jakiś wyznacznik, nie ma co wspominać o gorszych reprezentacjach, bo tam powołują gracyz z naszych klubów nawet gdy oni nie wychodzą na boisko, co też pokazuje jak jesteśmy odbierani poza naszym krajem.

Mentalności ludzi rządzących klubami, kibiców się nie zmieni, pojedyncze sukcesy raz na kilka lat dadzą nam tylko namiastkę tego co moglibyśmy mieć co sezon, jednak sami jesteśmy sobie trochę winni i zabrnęliśmy w ślepy zaułek, a nasz sport narodowy tak czy siak nie ruszy do przodu, mimo lepszego szkolenia czy nawet baz treningowych.