091021kas0070

Siwy bajerant nie jest wart choćby jednej łzy

Kończący się 2021 rok miał być podsumowaniem pierwszych dwunastu miesięcy Paulo Sousy w roli selekcjonera reprezentacji Polski. Jak się okazało, przygoda ta na tych 12 miesiącach się zakończy. Wystarczyła oferta z Brazylii i złotousty Portugalczyk zapomniał o tym, co w marcu go miało czekać. Tchórz? Dezerter? Naciągacz? Z tych trzech nieprzyjemnych określeń, najlepiej pasuje to ostatnie. Czasu jednak nie cofniemy. 2021 rok z polską reprezentacją przepracował nie kto inny, jak Paulo Sousa i to z nim na pokładzie kadra przeżywała wzloty i upadki. Jak więc ocenić kadencję „siwego bajeranta”?

Warszawa, 21 stycznia 2021 roku. Zbigniew Boniek prezentuje nowego trenera reprezentacji Polski. Ze względu na czasy pandemii, prezentacja ta polegała na otworzeniu nagrania, którego głównym bohaterem był niejaki Paulo Sousa. Były trener takich klubów, jak Basel, Fiorentina i Bordeaux, miał wnieść trochę ofensywnego polotu do siermiężnie grającej reprezentacji w czasach jego poprzednika. Prezes PZPN-u zagrał va banque. Temat zwolnienia Jerzego Brzęczka wcale nie ustał po uzyskanym awansie na Mistrzostwa Europy. Pandemia, a co za tym idzie, przełożenie Euro na 2021 rok miało sprzyjać podjęciu tej decyzji. Zrealizowała się dopiero w styczniu tego roku, po przeciętnej, ale nie beznadziejnej kampanii w Lidze Narodów. Czy Brzęczek miał prawo czuć się oszukany? Tak. Czy zwolnienie Brzęczka się broniło? Również tak. Moment zmiany był jednak specyficzny. Mistrzowska impreza tuż tuż, a już w marcu pierwsze ważne mecze o stawkę w ramach eliminacji do Mistrzostw Świata. Pierwsze spotkania pod wodzą portugalskiego szkoleniowca były (bo musiały być) swoistym eksperymentem. Dobory personalne łamały pewne dogmaty, które były nienaruszalne od czasów Adama Nawałki. Po pierwsze, Wojciech Szczęsny został obwieszczony pierwszym bramkarzem, jeszcze przed pierwszym treningiem pod wodzą Sousy. Po drugie, Kamil Glik przestał mieć niepodważalną rolę na swojej pozycji. Po trzecie, koniec z wyświechtanym 4-2-3-1. Idzie nowe, czyli 3-5-2. Reprezentacja już tą formację próbowała pod koniec kadencji Adama Nawałki i eksperyment ten okazał się być klapą, co pokazał występ na Mistrzostwach Świata w Rosji. Teraz miało być inaczej, bo trener Sousa zjadł zęby na tej formacji.

Pierwsze zgrupowanie? Mieszane uczucia.

Paulo Sousa miał trzy dni na wybranie zawodników, których w zdecydowanej większości poznał po raz pierwszy w życiu. Pierwsze spotkanie od razu dosyć trudne. Wyjazd na Węgry? To nie są leszcze, Stefan. Przez Ligę Narodów „Madziarze” dostali się na europejski czempionat. Nie obyło się bez niespodzianek. Trójkę środkowych obrońców tworzyli Bednarek, Helik i Bereszyński. Na wahadle zagrał za to Sebastian Szymański. Bardzo słabą pierwszą połowę w wykonaniu „biało-czerwonych” miała zrekompesować druga odsłona. Mecz zakończył się wynikiem 3:3, co dla postronnego kibica było interesujące. Polskich kibiców mogła jednak martwić niefrasobliwość w obronie, która za kadencji Nawałki i Brzęczka zdarzała się sporadycznie. Za to, tak ofensywnie grającej reprezentacji to nie widzieliśmy od dawna. Coś za coś. W następnym pojedynku można było trochę poeksperymentować. Na stadionie Legii mieliśmy podjąć Andorę. Na przekór wszystkich, Sousa wystawił Lewandowskiego, o którego zdrowie wszyscy się obawiali. Niestety nie bez przyczyny. Lewandowski z uszkodzonym kolanem zszedł z boiska, co nie tylko uniemożliwiło jego występ z Anglią, ale także stawiała poważny znak zapytania przy pobiciu rekordu Gerda Muellera. Całe szczęście, że go ostatecznie pobił. Przez to wynik i gra z Andorą zeszła na drugi plan, a jedno i drugie było rozczarowujące. Jedyny pozytyw z wygranego 3:0 meczu, to pierwszy gol Karola Świderskiego, któremu Paulo Sousa w tym meczu pozwolił zadebiutować. Jak się później okazało, popularny „Świder” mocno urósł przy portugalskim selekcjonerze. Bez Lewandowskiego musieliśmy pojechać na Wembley. Porażka 1:2 była zasłużona, ale bolała. Remis był na wyciągnięcie ręki. Obrona radziła sobie już znacznie lepiej, głównie dzięki przywróceniu Glika do pierwszego składu. Mecz ten obnażył po raz kolejny ograniczenia Michała Helika, którego przerastali już węgierscy przeciwnicy. Wszyscy cieszyli się z gola Jakuba Modera, ale nie byłoby go, gdyby nie wielbłąd Johna Stonesa. Marcowe zgrupowanie można oceniać dwojako. Z jednej strony, w ładnym stylu osiągnięto minimum, czyli 4 punkty. Z drugiej strony, drużyna była ewidentnie w powijakach, a Mistrzostwa Europy były za pasem.

091021kas0143

Mistrzostwa niespełnionych nadziei.

Sparingi nie wróżyły zbyt dobrze, jakkolwiek byśmy się łudzili. Remisy ze słabo grającymi zespołami Rosji i Islandii budziły lekki niepokój. Rosja jeszcze była spokojnie do pokonania. Z Islandią jednak remis był dość szczęśliwy. Łudziliśmy się, że to zasłona dymna. Łudziliśmy się, że Słowacja nie ma prawa nas pokonać. Łudziliśmy się, że nie przegramy z zespołem, którego boczni obrońcy mają w sumie 71 lat, a największą gwiazdą jest 34-letni gracz IFK Goteborg. A jednak. Przegraliśmy ze Słowacją, która psim swędem awansowała na ten turniej, w okrutnie marnym stylu eliminując reprezentacje tej mniejszej i większej Irlandii. Pierwszy stracony gol? Fatalna strata Jóźwiaka i jego nieudana pogoń z Bereszyńskim, pozwoliła Robertowi Makowi strzelić bramkę Szczęsnym. Tragikomiczne okoliczności. W drugiej połowie znowu się przebudziliśmy, co pozwoliło błyskawicznie wyrównać stan rywalizacji za sprawą Karola Linettego. Zryw trwał zaledwie 20 minut. Wtedy głupią czerwoną kartkę zarobił Grzegorz Krychowiak, otrzymując drugie „żółtko” za faul na środku boiska. Niedługo potem zostaliśmy skarceni po rzucie rożnym za sprawą Skriniara i było pozamiatane. To była największa klęska na wielkim turnieju. Reprezentacje Senegalu w 2018 i Ekwadoru w 2006 pokazały o niebo lepszy futbol niż feralnego poniedziałku Słowacy. Atmosfera wokół kadry była niemal grobowa. Nikt nie wierzył w powodzenie z Hiszpanią, która grała przecież u siebie. A tylko jakikolwiek dorobek punktowy miał dawać jakąkolwiek nadzieję przed ostatnim meczem. A jednak się udało. Wyszarpany remis w niezłym stylu po ładnej akcji zakończoną bramką Roberta Lewandowskiego. Nastroje zmieniły się niemal o 180 stopni. Może tylko szaleńcy liczyli na walkę o medal, ale naród odzyskał wiarę w powodzenie tej najważniejszej misji, czyli wyjścia z grupy. Tak jak na mecz ze Szwedami, nie czekaliśmy się od pięciu lat, kiedy kadra Nawałki dzielnie walczyła w fazie pucharowej EURO. Być może przywrócenie nadziei, kiedy nikt się z tym nie liczył, to był największy sukces za kadencji Paulo Sousy. Niestety, znowu przyszło rozczarowanie. Porażka 2:3 była zasłużona. Na turnieju tej rangi nie można popełniać takich błędów jak Jóźwiak przy pierwszej straconej bramce, czy Płacheta przy ostatniej. Kapitalne dwa gole Lewandowskiego nie dały nic. Po tym meczu można żałować, że z zawodnikiem takiego formatu nie udało i chyba już się nie uda niczego wielkiego osiągnąć.

Udany wrzesień. Coś drgnęło.

Wrześniowe mecze były całkiem udane, choć początkowo na to się nie zapowiadało. Pierwsza połowa meczu z Albanią była tragiczna i tylko dzięki Szczęsnemu oraz bramkom duetu Lewandowski-Buksa schodziliśmy po pierwszej połowie z korzystnym rezultatem. Po przerwie gra znowu się poprawiła, co przełożyło się na dwa gole. Albania miała jednak prawo czuć rozczarowanie, bo na tak wysoką porażkę na pewno nie zasłużyła. Wyjazd do San Marino miał stanowić przetarcie przed domowym pojedynkiem z Anglią. Cieszyć mógł klasyczny hat-trick Buksy. Smucić mógł stracony gol (po raz drugi z rzędu z San Marino!). Z „Synami Albionu” już tak łatwo być nie mogło. Po raz kolejny kadra pod wodzą Sousy pokazała, że z silnymi rywalami grać potrafi. Wyrównanie w samej końcówce dał Damian Szymański, czyli zawodnik dowołany w obliczu licznych kontuzji etatowych kadrowiczów. Kadra Sousy budowała kolejnych cichych bohaterów, którzy za kadencji Jerzego Brzęczka balansowali pomiędzy granicą powołania a jego braku. Kolejnym z nich był Paweł Dawidowicz, który świetnym występem przeciwko Anglii wygryzł ze składu Bartosza Bereszyńskiego. Koniec końców, zgrupowanie było całkiem udane, a osiągnięcie miejsca barażowego coraz bardziej pewne. Należało to jednak przypieczętować w październiku.

Świderski podpala Tiranę.

Z miejsca barażowego mogli nas zrzucić Albańczycy, a nie Węgrzy, jak początkowo przewidywano. Drużyna Eduardo Reji pokonała naszych bratanków dwukrotnie i mieli całkiem niezłą sytuację. Wygrana z Polską w Tiranie niemal pieczętowała awans do baraży, a remis utrzymywał nadzieję. Z tego względu, „biało-czerwoni” musieli ten mecz wygrać, aby nie mieć nerwowego listopada. Przed tym decydującym starciem zagraliśmy jeszcze z San Marino, wygrywając pewnie 5:0. Mecz ten byłby bez historii, gdyby nie wzruszające pożegnanie Łukasza Fabiańskiego. I to już powinien być wyrzut sumienia selekcjonera. Odgórne ustalenie pierwszego bramkarza, lekceważąc rywalizację na treningach, zakończyła piękną kartę reprezentacyjną „Fabiana”. Czy to był moment, w którym Fabiański powinien powiedzieć stop? Prawie każdy mecz West Hamu pokazuje, że zdecydowanie nie. Mecz w Tiranie spiął klamrą te eliminacje. Nie samym zwycięstwem, które było skromne i wyszarpane, ale całą jego otoczką. Nabuzowani kibice z Albanii postanowili obrzucać butelkami i czymkolwiek co było pod ręką (np. telefonem komórkowym) polskich zawodników, którzy mieli czelność strzelić bramkę ich reprezentacji. Uczynił to konkretnie Karol Świderski. Przed zatrudnieniem Portugalczyka nie zadebiutował nawet w kadrze, a już pod koniec jego kadencji stał się ważnym elementem w trybiku Paulo Sousy. Baraże były niemal pewne, wystarczyło pokonać Andorę. Jak się później okazało, ta dość komfortowa sytuacja, stała się przyczynkiem do negatywnych zdarzeń, których można było uniknąć.

Ten obrazek powinien być naszą przyszłością, a nie przeszłością...

Rozstawienie? A komu to potrzebne?

Miejsce w barażach było w zasadzie pewne. Utrata punktów z Andorą mogła się zrealizować jedynie w ramach football fiction. Nawet po zaklepaniu 2. miejsca w grupie, które mieliśmy przypieczętować w Księstwie Andory, ostatni mecz z Węgrami miał swoją stawkę. Ostatnie dwa mecze miały zadecydować o tym, kto będzie grał półfinały baraży u siebie z niżej rozstawionym rywalem. Gra była zdecydowanie warta świeczki. W Andorze nie uniknęliśmy wpadki. Straciliśmy bramkę i to w jeszcze bardziej wstydliwych okolicznościach, bo grając z przewagą jednego zawodnika. Małym plusem był pierwszy gol Milika w kadrze od października ubiegłego roku. Już w przeddzień meczu z Węgrami było wiadomo, że nie zobaczymy Kamila Glika i Roberta Lewandowskiego. O ile jeszcze odsunięcie „Gliksona” można było tłumaczyć zapobieżeniu potencjalnemu zawieszeniu za kartki w meczu barażowym, to brak naszego kapitana, w dodatku obwieszczony publicznie, był co najmniej zaskakujący. Przed meczem jednak ta decyzja się broniła. Węgry były mocno osłabione, brakowało choćby trójki z Lipska, czyli Gulacsiego, Orbana i Szoboszlaia. Remis z takim rywalem wydawał się być obowiązkiem. Niestety, nawet on nie został dopełniony. Obecność Lewandowskiego na ławce, kiedy nie mógł zagrać strasznie raziła w oczy. Pokrętne pomeczowe tłumaczenia Sousy, tylko dolewały oliwę do ognia. Na własne życzenie wybraliśmy sobie trudniejszy zestaw rywali. Jednak najważniejsze, to myśleć o przyszłości, bo Lewandowski wiecznie grać nie będzie. To tłumaczenie „Siwego bajeranta” wyjątkowo źle się zestarzało.

Niespodziewana (?) ucieczka.

Sousie się upiekło. W półfinale baraży trafiliśmy na najsłabszą wśród rozstawionych Rosję. W ewentualnym finale, który zagralibyśmy u siebie, czekałaby rywalizacja ze zwycięzcą pary Szwecja – Czechy. Każdy z tych przeciwników jest w zasięgu „biało-czerwonych”. Złość przeszła zarówno Cezarowi Kuleszy, jak i kibicom „biało-czerwonych”. Mało kto mógł się spodziewać, że negatywne emocje wrócą i to ze zdecydowanie większym natężeniem. Od połowy grudnia huczały plotki, że Sousą interesuje się brazylijskie Flamengo. Na pierwszy rzut oka, mało co mogło wskazywać na faktyczne zainteresowanie. Flamengo w Brazylii ma potężne możliwości i może sobie pozwolić na lepszego szkoleniowca. Zresztą wyżej w hierarchii włodarzy klubu z Rio de Janeiro podobno stali Jorge Jesus, Paulo Fonseca, Rui Vitoria czy też Vitor Pereira. Bez wątpienia to lepsi trenerzy od Paulo Sousy. Jednak Flamengo postanowiło postawić na „siwego bajeranta”. Cezary Kulesza w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia spodziewał się zapewne życzeń świątecznych od selekcjonera, ale na pewno nie liczył na prośbę o odejście za porozumieniem stron. Prezes PZPN zachował się tak trzeba, nie ulegając zachciankom Portugalczyka. Niezależnie od tego, czy Flamengo ostatecznie zatrudni „siwego bajeranta”, jego przygoda z reprezentacją Polski dobiegła końca. Można zrozumieć Paulo Sousę, dla którego taka szansa może już się nie powtórzyć. Z drugiej strony, prośba o polubowne rozwiązanie umowy, bo ktoś lepszy się zgłosił jest niepoważne. Czy włodzarzom Flamengo włos z głowy by spadł, gdyby zapłacili kilkaset tysięcy euro? Kontrakt wygasający w marcu nie jest więcej wart. Najwidoczniej Brazylijczycy nie chcą tego robić, więc te pieniądze ma zapłacić sam Paulo Sousa. Szkoda tylko, że na początku było podkreślanie wartości dalekich od materializmu. Publiczne obnoszenie się z wiarą w Boga okazało się być pustą deklaracją. Jako człowiek wierzący, Paulo Sousa powinien widzieć, że gonitwa za pieniądzem do zbawienia nie zbliża, a wręcz przeciwnie. Co gorsza, nie jest to pierwszy taki numer. Wystarczyło zrobić porządny research.

Zibi TOP.

Sousa był nieszczery co najmniej w kilku klubach. Prowadząc Maccabi Tel Awiw zarzekał się, że zostanie w klubie. Niedługo potem odszedł do Bazylei. Po roku w Szwajcarii sam poprosił o rozwiązanie umowy, choć chwilę wcześniej wieszczył swojej ekipie zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Oczywiście po kilku dniach podpisał umowę z Fiorentiną Parę lat wcześniej wyleciał z QPR za ujawnienie poufnych informacji. Videoton? Niby odejście „z powodów rodzinnych”, a w praktyce negocjował kontrakt z NY Red Bulls. Bordeaux? Odejście z powodu skrajnego wypalenia (mimo kilkumiesięcznej przerwy w rozgrywkach z powodu pandemii). W tle jednak panoszył się smród kasowanych prowizji za sprzedanych piłkarzy i przerzucanie podopiecznych zaprzyjaźnionych agentów z lub do klubu. Takiego człowieka zatrudnił Zbigniew Boniek. W dodatku, wiele wskazuje na to, że były już Prezes PZPN-u przystał na niekorzystne warunki dla federacji, a korzystne dla Portugalczyka. Piotr Szefer, dyrektor biura zarządu PZPN: Kontrakt nie przewiduje jednostronnego zerwania przez selekcjonera, natomiast z drugiej strony nie zawiera też mocnych obwarowań, które by go od tego powstrzymywały. Jeśli główną linią obrony Bońka ma być zaskoczenie odejściem Sousy do Flamengo, to nie mam więcej pytań. Określenie Zibi TOP będzie (powinno!) ciągnąć się za Bońkiem przez lata.

091021kas0003

Co dalej?

Ostateczny bilans Sousy to: 6 zwycięstw, 5 remisów i 4 porażki w 15 meczach, w których strzelono 37 bramek, a 20 stracono. Nie można powiedzieć, że Paulo Sousa porzuca kadrę w beznadziejnym położeniu. Pod jego wodzą reprezentacja zaliczyła pewien progres, którego za czasów Jerzego Brzęczka próżno było szukać. Ponadto, odkrył kilku zawodników, którzy już pełnią ważną rolę w reprezentacji (Świderski, w pewnym sensie też Puchacz) lub mogą ją pełnić już wkrótce (Buksa, Kozłowski). Pokazał również, że reprezentacja może grać formacją 3-5-2 i nie musi to wyglądać tak siermiężnie, jak to było w przypadku drużyny Adama Nawałki. Z drugiej strony, takiej ilości błędów indywidualnych w obronie nie było nawet za czasów Smudy i Fornalika. Porażka ze Słowacją przebiła wszelkie klęski na wielkim turnieju w XXI wieku. Poza tym udało się pokonać tylko trzech rywali: Albanię, Andorę i San Marino. Tylko pierwszą z wymienionych ekip można uznać za jakkolwiek poważną, niemniej jednak nadal wyraźnie słabszą od „biało-czerwonych”. O sporadycznym pojawianiu się w Polsce poza zgrupowaniami kadry szkoda szerzej gadać. Można było się łudzić, że to nic nie znaczy, jednak styl w jakim żegna się z Polską, wyjaśnia wszystko. Zachowanie Paulo Sousy wobec włodarzy, kibiców, dziennikarzy, a przede wszystkim wobec swoich podopiecznych sprawia, że jakiekolwiek pozytywy z nim związane i tak pójdą w niepamięć. Jego kadencji jednak nie można uznać za stracony czas, to byłaby przesada. Najważniejsze jest teraz dobranie odpowiedniego następcy. Dobry początek w roli Prezesa PZPN-u pójdzie w niepamięć, jeśli dokona złego wyboru selekcjonera. Kto nim powinien być? „Siwy bajerant” na pewien czas zrobił skuteczną antyreklamę dla obcokrajowców. Adam Nawałka? Ostatnio jest moda na sentymentalne wybory, ale czy teraz byłoby to słuszne? Nawałka nigdzie nie pracował od 3 lat (z wyboru, dodajmy), a ostatnia jego praca zakończyła się totalną klapą. Pobyt w Lechu Poznań nasuwa poważne wątpliwości co do tego, czy zostały przez tego trenera wyciągnięte wnioski, które powinny się nasunąć po klęsce na Mistrzostwach Świata w Rosji. Czesław Michniewicz? W Legii i reprezentacji młodzieżowej pokazał, że potrafi grać z silniejszymi rywalami. Końcówka pracy w Warszawie nic w tej kwestii nie zmienia. Z Cezarym Kuleszą są jednak w złych relacjach, co raczej nawet ta kryzysowa sytuacja nie zmieni. Marek Papszun? Maciej Skorża? Za pierwszym przemawia historia, jaką pisze z Rakowem, a za drugim bagaż doświadczeń, także w piłce reprezentacyjnej. Obu jednak trzeba wykupić. Wcale nie jest jednak powiedziane, że selekcjonerem zostanie ktokolwiek z wymienionych. Cezary Kulesza w Jagiellonii bardzo często wybierał trenerów „spoza klucza”.