statystykileglpo

Mały krok dla człowieka, gigantyczny krok dla Lecha w drodze po mistrzostwo – Legia Warszawa 0:1 Lech Poznań

Stało się! Lech wygrywa polski klasyk i po raz kolejny utwierdza nas w stwierdzeniu, że jest głównym kandydatem do mistrzostwa w tym sezonie. W stolicy za to słychać coraz głośniejsze okrzyki niepokoju. Liga zaczyna poważnie odjeżdżać Legii, a stołek trenera Michniewicza zaczyna się wręcz palić.

Ręka Jędrzejczyka

Od samego początku nie brakowało kontrowersji, które są zresztą nieodzowną częścią starć Lecha z Legią. Tym razem poszło o zagranie ręką Artura Jędrzejczyka.245772371_1034814933979770_8565017195395071300_n

W 4 minucie Legia dośrodkowała piłkę w pole karne po rzucie wolnym. Dośrodkowanie to przeciął Bartosz Salamon, ale pech chciał, że futbolówka trafiła wprost pod nogi Kapitana Legii. Obrońca przyjął odbitkę klatką piersiową i popisał się świetnym uderzeniem na bramkę Filipa Bednarka. Gracz Lecha nie miał okazji się nawet ruszyć. Tomasz Musiał szybko użył, jednak gwizdka, aby oznajmić, że bramka nie zostanie zaliczona, ponieważ Jędrzejczyk dopuścił się zagrania ręką. W tym momencie spora część warszawskich kibiców zaczęła wylewać swoje żale w intrenecie. Czy słusznie?

Można analizować ułożenie ręki. Czy poszerzała obrys ciała? Czy była przy ciele? – ale tak naprawdę nie ma to w tym konkretnym wypadku najmniejszego znaczenia. Gdy piłkarz zagrywa ręką, a zaraz po tym strzela bramkę sytuacja nie bardzo podlega jakiejkolwiek interpretacji. Bramka nie została uznana całkowicie słusznie i za tą sytuację należą się brawa dla sędziego.

Pragmatyzm, a co to takiego?

Ekstraklasowe hity mają to do siebie, że często bywają stosunkowo nudne. Trenerzy skupiają się na utrzymaniu czystego konta, a każda ich decyzja jest gruntowanie analizowana. Dobrym przykładem jest, chociażby pierwsza połowa wczorajszego starcia Śląska Wrocław z Rakowem Częstochowa. Dziś jednak kultywowany często w takich sytuacjach pragmatyzm zszedł na boczny tor. Choć Maciej Skorża zapewniał przed meczem, że Lech zamierza grać swoją, ofensywną piłkę na Łazienkowskiej, po Legii można było się spodziewać nieco bardziej defensywnego podejścia.

Otwarty – tak można określić ten mecz. Choć nie wspinał się na wyżyny piłkarskiego abecadła i były w nim momenty nieco mniej przyjemne widać było chęć walki z jednej, jak i drugiej strony. Owszem, zawodnicy popełniali wiele indywidualnych błędów, ale w gruncie rzeczy dobrze wpływało to na odbiór tego widowiska. Chociaż wynik nie powala, obie ekipy stwarzały sobie wiele ciekawych sytuacji. W drugiej połowie pałeczkę przejął raczej Lech, ale daleko mi od stwierdzenia, że Legia mocno odstawała. Ekipa Macieja Skorży była po prostu dużo solidniejsza i skuteczniejsza. W porównaniu do napastnika Legii – Mahira Emreliego, Mikael Ishak zagrał dziś prawdziwy koncert. Mimo kilku zaprzepaszczonych sytuacji i niestrzelonego karnego Szwed zasługuje na sporą pochwałę. Często zdarzało mu się wychodzić z roli typowej dziewiątki i pełnił sporą rolę w rozegraniu piłki. Zresztą, to właśnie on zapewnił Lechowi prowadzenie wykorzystując idealnie wrzutke Pedro Rebocho z rzutu wolnego w 54 minucie.

Uskrzydlony Lech

Niewątpliwe wkład Mikaela Ishaka zasługuję na odnotowanie, ale to nie on skradł dzisiaj show. Duet skrzydłowych Lecha Ba Loua – Kamiński okazał się bronią masowego rażenia. Legia była dziś ustawiona stosunkowo wysoko przez, co „Kolejorz” miał więcej pola do popisu w kwestii kontrataków. Niesamowicie szybcy skrzydłowi czuli się więc, jak ryba w wodzie.

Często schodzili do środka boiska, próbowali strzałów ze zza pola karnego, które rzeczywiście stwarzały niemałe zagrożenie. Idealnym przykładem jest rogal, jaki zawinął Ba Loua w 7 minucie meczu. Piłka wówczas wylądowała na słupku, ale gdyby strzał ten był nieco celniejszy Kacper Tobiasz niemiałby szans. W kwestii tej dużo do powiedzenia miał też reprezentant Polski. Przykładowo: w 71 minucie przyjęciem przełożył sobie Bartosza Slisza i także postraszył bramkarza Legii. Poza indywidualnymi akcjami należy pochwalić również ich przegląd pola. To po podaniach Adriela Ba Louy w 35 i 69 minucie Ishak dwukrotnie strzelił w boczną siatkę bramki Legii.

Obrońcy Legii nie mogli sobie poradzić ze wspaniałą motoryką piłkarzy Lecha. A jeżeli o nich mowa, to…

Jędrzejczyk i Wieteska – powrót „kuzynów”

Duet Jędrzejczyk-Wieteska, grając w trójce razem z Maikiem Nawrockim odżył. W europejskich pucharach, jak i nawet w ekstraklasie wyglądali bardzo solidnie. Ciężko było w to uwierzyć, ale z najbardziej elektrycznych defensorów w lidze stali się prawdziwą ostoją Legii. Doszło nawet do momentu, w którym Mateusz Wieteska stał się nawet jednym z kandydatów na reprezentanta Polski. To, co jednak dzisiaj pokazali, to nie śmieszny żart.

Od początku wiadomym było, że w pojegf-ZMS6-JGDE-Ea4j_artur-jedrzejczyk-mateusz-wieteska-legia-warszawa-1920x1080-nocropdynkach z szybkimi skrzydłowymi Lecha, Jędrzejczyk nie będzie miał największych szans. Z drugiej strony doświadczenie kapitana Legii mocno za nim przemawiało i szczerze nie wyobrażałem sobie sytuacji, w której „Jędza” nie wychodzi dziś na boisko. Na początku wybór ten nawet się bronił (niezaliczona bramka), ale im dalej w las, tym gorzej. Motoryka byłego reprezentanta Polski niesamowicie odstawała. Do tego doszło wiele indywidualnych błędów, jak np. ten z pierwszej połowy, gdy to zupełnie nienaciskany obrońca Legii bez powodu wykopnął piłkę na aut. Jego faule, gdyby nie łagodna interpretacja sędziego Musiała też mogły się skończyć o wiele gorzej. Zaliczył dwa bardzo ostre starcia z Ishakiem. Według niektórych arbitrów oba zasługiwały na żółtą kartkę. Obyło się, jednak tylko na jednej, która i tak wyklucza go z następnego meczu z Piastem Gliwice.

Mateusz Wieteska omal nie popisał się kuriozalnym golem samobójczym. Po dośrodkowaniu z rzutu wolnego przez Rebocho, chcąc wybijać, kopnął piłkę końcówką buta w taki sposób, że ta poleciała wprost na bramkę. Kacper Tobiasz na szczęście popisał się znakomitym refleksem w tej sytuacji i uratował swojego kolegę przed totalną kompromitacją. Uratować się, jednak nie dało akcji z 69 minuty, gdy Adriel Ba Loua zabawił się z nim, jak z juniorem wkręcając go w ziemie. Mateusz Wieteska, to jedna z nielicznych osób, która zapewne cieszy się, że selekcjoner Paulo Sousa nie był obecny na dzisiejszym spotkaniu.

Ciężko mi powiedzieć, z czego wynika tak słaba dyspozycja obrońców Legi. Może to brak Maika Nawrockiego lub przestawienie się na innym system. Jedno jest pewne, jeżeli Legia chce wrócić do gry, musi poważnie przeanalizować ten problem.

Co ten mecz oznacza w dłuższej perspektywie?

Jest o wiele za wcześnie, aby rzucać tezami typu: „Lech to pewny mistrz Polski” , „Legia pewnie nie zakwalifikuje się nawet do europejskich pucharów”. Spokojnie, mamy dopiero 11 kolejkę. Dopóki nie wejdziemy w kluczową fazę sezonu, w środowisku Lecha należy tonować nastroje. Zakładając nawet, że Legia przestała być już konkurencją wciąż pozostają takie ekipy, jak: Raków Częstochowa, Lechia Gdańsk, czy też Śląsk Wrocław. Trzeba pamiętać, że ekstraklasa jest skrajnie nieprzewidywalna. Jedno jest za to pewne: Lech postawił dziś kluczowy krok w drodze do mistrzostwa.

Legia 0:1 Lech – Mikael Ishak 54’