statystykiległks

Wymęczona wygrana Legii

Legia nie bez problemów pokonała Łódzki Klub Sportowy 3:1 i utrzymała fotel lidera po 21. serii gier. Sytuacja ŁKS-u w obliczu wygranej Wisły Kraków jest dramatyczna i marnym pocieszeniem jest fakt, że łodzianie mocno zszargali nerwy legionistów.

Stroną przeważającą od początku byli gospodarze. W 7. minucie groźny strzał oddał Kante, jednak Malarz wybił piłkę na rzut rożny. To właśnie Gwinejczyk z hiszpańskim paszportem był najbardziej aktywny w pierwszej odsłonie. Jako że wielkiej konkurencji w tej kategorii nie było, pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem. „Wojskowi” grali tak, jakby z ŁKS-em dało się wygrać na stojąco.

Nic bardziej mylnego. Drugą odsłonę lepiej zaczął ŁKS i ich zaangażowanie szybko się opłaciło. Nieporadność obrony Legii była aż nadto widoczna, zwłaszcza w sytuacji, kiedy Trąbka ośmieszył Lewczuka i Jędrzejczyka i podał do niepilnowanego Piątka, który zdołał strzelić gola. Znamienne, że bramkę strzelił akurat zawodnik, który jest wychowankiem Polonii, jeśli spojrzymy na kretyński transparent kibiców Legii, który radzi potencjalnemu inwestorowi Polonii, że byłoby dla niego lepiej, żeby nie przejmował lokalnego rywala.

Bramka ŁKS-u rozwścieczyła gospodarczy. Impulsem do ataku było wpuszczenie Gwilli i Rosołka, którzy od samego początku byli bardzo aktywni. Owocem ich działań bramka wyrównująca, w której pierwszy asystował, a drugi strzałem głową pokonał starszego o ponad dwie dekady Malarza. To tylko rozochociło gospodarzy, którzy chcieli jak najszybciej objąć prowadzenie. Już po dwóch minutach od pierwszej bramki Rosołek mógł się cieszyć z drugiej bramki, jednak piłka po rykoszecie wylądowała na słupku. W tej samej akcji szansę na gola z przewrotki miał Kante, ale Malarz zdołał obronić ten strzał. W 75. minucie z powodu urazu musiał zejść Maciej Dąbrowski, co okazało się przełomem w tym spotkaniu. Dlaczego? Po pierwsze, w miejsce nowego obrońcy łodzian wszedł elektryczny jesienią Sobociński. Po drugie, parę minut po wejściu Sobociński zagrał ręką (mocno pechowo, trzeba przyznać) w polu karnym. Po trzecie, sędzia Frankowski przyznał rzut karny, który spokojnie wykorzystał Antolić. ŁKS nie miał już sił na wyrównanie, a że podejmował próby, to nadziewał się na kontry. Jedna z nich zakończyła się golem Kante, który swoją pracą przez cały mecz zasłużył na to jak mało kto. Trzy punkty zostały w Warszawie.

W następnej kolejce Legia podejmie w Bełchatowie drużynę Rakowa Częstochowa, a ŁKS zagra u siebie z Wisłą Płock.