pods

VARny Piątek!

Z jednej strony nie dziwimy się tym, którzy po pierwszej połowie tego meczu postanowili zmienić kanał, ale z drugiej strony mocno im współczujemy, bo przegapili jedno z lepszych 45 minut z absolutnie szaloną końcówką.

Ten mecz, a raczej jego druga połowa, dała nam przynajmniej dwa wnioski:
1. Sławomir Peszko wciąż w realiach naszej ligi potrafi być kozakiem
2. Cracovia nauczyła się wychodzić z ciężkich sytuacji

Peszko po wejściu na boisko potrzebował mniej więcej jakichś 15 sekund by zapisać się na listę strzelców, a jego gol jest trochę kamyczkiem do ogródka Grzegorza Sandomierskiego. To był najmocniejszy i jedyny naprawdę mocny moment Lechii w tym meczu. Ten gol okazał się jednak gwoździem do trumny gdańszczan. Cracovia wyglądała jakby potrzebowała takiego ciosu na otrzeźwienie, bo po nim zaczął się dla Pasów nowy mecz. Szybkie wyrównanie Piątka po kapitalnej wrzutce Pestki, po którym plan gości na ten mecz kompletnie się posypał. Potem ciągły napór ekipy Probierza. Lechia  broniła się naprawdę dramatycznie, w pewnym momencie wybijając piłkę nawet z linii bramkowej. W jednej z ostatnich akcji na skrzydle piłkę dostał Javi Hernandez…

Tu zaczęła się prawdziwa zabawa.

Hernandez padł, Lasyk puścił grę, a ławka  Cracovii w zamian omal nie rozerwała sędziego liniowego. Arbiter potrzebował na tyle sporo czasu by to sprawdzić, że w można było się zastanowić czy aby na monitorze nie sprawdza on najnowszej produkcji Abstrachuje. Wreszcie jednak wskazał on na wapno, a Piątek czwarty raz w sezonie zamienił karnego na bramkę. VAR w Gdańsku zabrał mu dwa gole, dzisiaj jednego z nich mu oddał.

Pasy wróciły z dalekiej podróży i z wielkim dodatkiem pozytywnej energii będą czekać na przyjazd Korony Kielce. Lechia z kolei po dwóch zwycięstwach została mocno sprowadzona na ziemię, a Adam Owen dostał kolejne pokłady materiału nad którym będzie musiał pracować.