71e2f9bc66189

Śląsk potwierdza domową moc. 3 punkty zostają we Wrocławiu

Śląsk po raz kolejny pokazał, że mówienie o dwóch różnych twarzach nie jest w ich przypadku nadużyciem. Jedna, ta wyjazdowa, gdzie jako jedyna drużyna nie wygrała meczu poza własnym stadionem. Druga, ta domowa, gdzie do spotkania z Jagiellonią notowali średnią 2,0 pkt na mecz. Po dzisiejszym meczu ta średnia jest jeszcze wyższa.


Festiwal niedokładności. Tak można by opisać pierwsze 45 minut. Bywało ciekawie? Owszem, ale tylko bywało i tylko dzięki karykaturalnym kiksom. Celeban nie trafiający w piłkę będąc 3 metry przed bramką. Piech nie wykorzystujący setki, bo… nie spodziewał się, że Runje uchyli się zamiast wyskoczyć do główki, przez co futbolówka spadła pod nogi snajpera Śląska. Swoją okazję miał też Novikovas, jednak Litwin nie popisał się skutecznością. No były momenty, ale to zdecydowanie za mało.


Ciekawiej już było po przerwie. Niestety tylko trochę ciekawiej. Najpierw swojego 7. gola w sezonie strzelił będący w niesamowicie wysokiej formie Arkadiusz Piech. 3 minuty później okazję na wyrównanie miał Novikovas – sędzia Stefański odgwizdał rzut karny po zagraniu ręką Robaka. Dodajmy – rzut karny wyglądający na dość wątpliwy. No ale prawdziwe sceny dopiero przed nami. Najpierw Słowik pokazuje ostentacyjne gesty w kierunku Litwina, jakby był przekonany, gdzie uderzy Litwin, po czym… faktycznie rzuca się w dobrą stronę, a piłka po dobitce Świderskiego obiła z pełną mocą poprzeczkę. No i… emocji byłoby na tyle, niestety. Swoją szansę miał Świderski, ale poza tym bieda z nędzą.

Co się mogło w ostateczności podobać? To, że Śląsk po strzeleniu bramki nie okopał się we własnym polu karnym, nie postawił autobusów. Wrocławianie próbowali grać swoje, a to, że wychodziło im to z różnym skutkiem – to już inna sprawa. Śląsk swoje jednak ugrał – 3 punkty, ogranie mocnej Jagiellonii i wciąż realne szanse na awans do górnej ósemki. Jak jednak będzie wyglądała najbliższa przyszłość wrocławian? To jest najciekawsze pytanie.