lech sandecja

Rewolucja póki co nie przynosi efektów. Sandecja wywozi punkt z Poznania

Kto grał w Football Managera ten wie – tornado w oknie transferowym skutkuje mocnym spadkiem zgrania, co powoduje gorsze wyniki/gorszą grę w początkowej fazie sezonu. Lech Poznań nie zaprzeczył tej regule – po lekko kompromitującej porażce z norweskimi średniakami przyszedł remis z debiutującą Sandecją.

 

Nowi piłkarze Lecha mieli przynieść jakość potrzebną do zdetronizowania Legii. Być może i taką jeszcze przyniosą, ale na to trzeba jeszcze poczekać. Braki zgrania widoczne były gołym okiem – Kolejorz co prawda był ekipą dominującą, ale jego ataki kompletnie się nie kleiły. Przede wszystkim rzucały się w oczy fatalne długie podania Tetteha – na palcach jednej ręki można policzyć jego udane zagrania na +10 metrów. Również obrona nie przypominała takiego monolitu – dość powiedzieć, że czołowym, jeśli nie najlepszym piłkarzem linii obrony, a może i całego Lecha był… Gumny. Poziom trzymali też Majewski i Gajos, jednak dość sensacyjnym bohaterem całego meczu był Michał Gliwa, do tej pory kojarzony głównie z babolami, stawiany w jednym rzędzie z Pawełkiem, Przyrowskim, czy Cabajem. Z minuty na minutę w poczynaniach poznaniaków było widać coraz to większą frustrację, co też nie napawa optymizmem przed rewanżem z Norwegami.

A Sandecja? W ofensywie nie pokazali nic wiele, ale nikogo to specjalnie nie dziwi – remis każdy w Nowym Sączu brałby w ciemno. Do Poznania przyjechała twarda ekipa, która walczyła, gryzła trawę, była po „wiadrze witamin”. I na tak grającego Lecha to wystarczyło.