podsu

Popis Cracovii na koniec rundy zasadniczej

Starcie lidera tabeli z czwartą drużyną? Ekstraklasa nieraz pokazywała, że te mecze są często jednymi z gorszych w całym sezonie. W Krakowie na szczęście oglądaliśmy zaprzeczenie tej tezy. W pojedynku w którym było wszystko, Cracovia mocno poturbowała Lechię Gdańsk i obroniła czwarte miejsce w tabeli.

W jakimś stopniu takiego meczu Cracovia Probierza potrzebowała.  Tak, była skuteczna. Tak, grała bardzo rozsądnie. Tak, jej gra w obronie mogła w tym roku zachwycać. Ale mimo tego wszystkiego, momentami brakowało w jej występach takiego momentu „wow”. No to dzisiaj go dostaliśmy. Takiego pokazu fajerwerków ze strony zespołu z Kałuży jeszcze w tym sezonie nie widzieliśmy, nawet w meczu z Legią w Warszawie. Druga połowa to była prezentacja siły i potencjału Pasów, które w pewnym momencie wrzuciły Lechię  na taką karuzelę, że mogli im sprawić problemy w późniejszym dotarciu do klubowego autokaru.

Właśnie – zaznaczyłem, że chodziło o drugą połowę. Jeśli już wrzucać jakiś kamyczek do ogródka Probierza, to właśnie za to, że jego drużyna po raz kolejny na wiosnę nieco przesypia pierwszą połowę. Tak było z Piastem, tak było też w Płocku, Legnicy i przy Reymonta. O ile dzisiaj udało się to przeciętne pierwsze 45 minut zakryć kapitalną grą po przerwie, tak w perspektywie nadchodzącej walki o podium może się to okazać czynnikiem mocno utrudniającym sprawę. Mówiąc krótko – jest dobrze, ale rezerwy wciąż są.

Oj piłkarze Lechii raczej na letnie urlopy nie wybiorą się do Krakowa. Z 25 goli straconych w całym sezonie aż 4 stracili właśnie pod Wawelem zaliczając przy okazji dwie najbardziej dotkliwe porażki w sezonie. Co dzisiaj nie zadziałało w drużynie Piotra Stokowca? Przede wszystkim boki obrony. Cracovia skrzydłami grała bardzo dużo, łatwo tworząc sytuacje z tego rejonu boiska. Karol Fila popełnił prosty błąd, który pod koniec pierwszej połowy dał rywalom nie tylko rzut karny, ale przede wszystkim mocny zastrzyk pozytywnej energii, która uwolniła się z pełną mocą po przerwie. Mimo asysty słabiej wyglądał też Filip Mladenović, który bardzo nerwowo reagował na wiele boiskowych sytuacji zapominając trochę o swoich zadaniach czysto piłkarskich. Ten mecz to dla Lechii na pewno spory cios, bo gdańszczanie już po raz drugi w tym roku pozwalają Legii na odrobienie straty kilku punktów. Lider jednak zostaje w Gdańsku i wciąż to właśnie tam mają w ręku wszystkie karty by tak też było na zakończenie sezonu.