Pokolenie Ligi Mistrzów

Ja: Tato, czy mogę dziś iść spać o 23?

Ojciec: Wakacje wakacjami, synku, ale nie przesadzasz?

Ja: Legia dziś gra o Ligę Mistrzów z tym mistrzem Szwecji.

O: No dobra, tylko powyłączaj wszystko po meczu. To co, o Snickersa? 2-0  dla Legii.

Ja: 1-1. Możesz iść już do sklepu.

Tak to się zaczęło… Pierwszy mecz też oglądałem, ale było łatwiej, bo i ojciec chciał rzucić okiem na grę polskiego zespołu. Jednak wszystko, co razem oglądaliśmy, porównywał  do lat 70. i niemal natychmiast krytykował lub zwyczajnie zasypiał.

Miał w tym swoją rację, ja natomiast z wypiekami na twarzy z dawną „Piłką Nożną” w ręku chłonąłem jak gąbka każdą transmisję piłkarską, a jeśli już grał polski zespół, to mecz rozgrywałem bodaj przez trzy dni. Setki przedmeczowych scenariuszy, tysiące analiz „co by było gdyby” i tak z całą masą kolegów i znajomych w szkole, na osiedlu, na boisku. Wychowaliśmy się na Legii i Widzewie właśnie w LM. Jedni zostali za Wojskowymi, inni za Widzewem, fanatyzm w nas kiełkował lub zamierał z wiekiem…

Mnie dane było zostać raczej nie fanatykiem, a „maniakiem z obsesją” na punkcie Legii Warszawa – jak to mawiają w mojej rodzinie, a zwłaszcza tato. I tak kolejny awans  zamyka pewien rozdział w życiu naszego pokolenia. Pokolenia Ligi Mistrzów.

Wspomnienia z pierwszej edycji? Euforia po zwycięstwie nad Rosenborgiem, ten mecz pamiętają wszyscy:

Składy, strzelcy, minuty, stadiony… Nawet ci, co nieco później spuścili z tonu, do dziś tamte wydarzenia pamiętają doskonale. Ja nawet w grupowej fazie zaliczyłem swój pierwszy „oklep” za Legię. Po porażce 0-4 z Rosenborgiem płaczę w pokoju i nagle wchodzi ojciec

O: Chcesz, to ja ci znajdę powód do płakania.

J: O co ci chodzi, Legia przecież przegrała!

O: I to jest powód, by beczeć? Panienka jesteś czy chłop? Przez durne mecze będzie mi tu wył…

Beczeć przestałem, ale ta panienka „szczypała” jeszcze kilkukrotnie. Zwłaszcza że dla Legii zbliżał się smutny okres. Wcześniej jednak był dwumecz z Panathinaikosem Ateny. Dla nas, młokosów, wtedy winowajcami klęski byli Leszek Pisz i Marcin Jałocha. Młodzieńcza fantazja plus marzenia sprawiły, że to właśnie tych dwóch piłkarzy winiliśmy za porażkę. Pierwszy ujrzał czerwoną kartkę, drugi zaś po prostu był winien. Nazwiska Warzycha i Wandzik były zakazane. Jedni wiedzą, dlaczego, dla innych zadanie, by swoją wiedzę poszerzyć.

Potem był Widzew, ale choć Marka Citkę lubiliśmy wszyscy, to nie szło to w parze z klubem. Jakoś porażki łódzkiego klubu bolały nas mniej. Choć do dziś wiedza na temat składów itp. jest nie najgorsza.

Żyliśmy wszystkim, lata 90. nauczyły nas słabej reprezentacji i tego:

Gromił Widzew, gromiła Legia, Hutnik, Wisła, wygrywał Lech, Polonia. Przynajmniej z „leszczami”. Dopiero XXI wiek pokazał nam „eurowpierdole”, ale ich nie zaakceptowaliśmy do dziś. Kolejna ciekawa sytuacja:

O: To my już swoich nie mamy, tylko trzeba nam czarnymi się wspomagać?

J: Daj spokój, jest bardzo dobry.

O: Skąd on jest?

J: Z Nigerii.

O: Się nadaje. Stawiam Snickersa, że jest ogórem i nie zagra już drugiego meczu, gdzie czarny u nas.

J: Stoi, tylko już bądź cicho, bo mecz.

O: Chociaż polskiego by się nauczył.

J: Dobra, cicho już.

Ojciec zdania nie zmienił, ale awans po 16 latach na mistrzostwa przyjęliśmy z dumą. Z biegiem czasu zarówno  ja, jak i moje pokolenie przychyliło się ku poglądom ojca, że w kadrze to jednak powinni grać „nasi”.

I tak mógłbym pisać bez końca właściwie. Historii milion. Pierwsza Liga Mistrzów nauczyła nas, że wszystko jest możliwe i każdy jest do ogrania. Nauczyliśmy się, że pierwsze rudny pucharowe to festiwal bramek, a nie kompromitacje. Legia ma dla nas wygrywać każdy mecz. Tak, każdy. Bez wymówek. Nie nauczyliśmy się „ładnych” porażek, nie akceptujemy „eurowpierdoli”. Wtedy grzał nas każdy transfer, każda zmiana kadrowa, trenera, każdy rywal miał swoje gwiazdy. Dziś liczy się tylko dobry mecz i zwycięstwo. o personaliach i transferach dyskutujemy hobbystycznie, nie gorączkowo. Sukces to dla nas medal, mistrzostwo, puchar. Awanse nas cieszą, wygrane mecze smakują… ale czegoś im brak. Wtedy każde zwycięstwo smakowało wybornie, a kolejki ligowe były niczym olimpiada.

Tamta Legia była i jest dla nas WIELKA i NASZA, ta obecna jest tylko nasza. Chociaż wszędzie jej pełno, to nie to samo. Tamta miała jakość, ta ma szczęście. Wtedy my byliśmy szczęśliwi i młodzi. Dziś stawiamy na jakość i doświadczenie. Choć fantazji nie brakowało i wtedy, i dziś.

O: Awansowali.

J: No, po tylu latach, nareszcie!

O: Czyli na urlop do starych nie zajedziesz?

J: Zobaczymy losowanie.

O: Nie kręć.

J: Po tylu latach…

O: Uważaj na siebie, ja jakoś matkę urobię.

J: Dzięki.

O: Tylko się już nie drzyj tak, jak gdzieś pojedziesz

J: Ma się rozumieć!:)

O: Nic się nie zmieniłeś!

To prawda, niewiele.
Jest awans do LM, to może i awans z grupy?:)