Cieślewicz

Łukasz Cieślewicz opowiada o piłce i życiu na Wyspach Owczych

Wyspy Owcze to malutki kraj położony na Morzu Norweskim. Posiada on własne rozgrywki piłkarskie, pod nazwą Effodeildin. Gwiazdą w nich jest Polak – Łukasz Cieślewicz występujący w B36 Torshavn. W ostatni weekend udało mi się z nim porozmawiać: o życiu, piłce i przyszłości. Zapraszam:

Wyje­chał Pan z kraju w wieku 11 lat.

– Tak, Tata grał w pol­skiej lidze. Można powie­dzieć, że na stare lata zachciało mu się przy­gody, dostał dobrą ofertę i prze­pro­wa­dził się tam. Po roku ścią­gnął do sie­bie całą rodzinne.

Czy to, że Pana ojciec grał w piłkę miało wpływ na Pana decy­zję o zosta­niu pił­ka­rzem?

– Jak naj­bar­dziej. Pamię­tam jesz­cze, gdy od małego z bra­tem cho­dziliśmy na taty mecze. Bywa­li­śmy prak­tycz­nie na każ­dym. Następ­nie gra­li­śmy z nim. Także na pewno jakąś inspi­ra­cją dla mnie i dla brata, tata był.

Jako młody chło­pak przy­jeż­dża Pan na Wyspy Owcze, jakie jest pierw­sze wra­że­nie?

– Muszę przyznać, że troszkę dziwne. W tam­tych latach Wyspy były jesz­cze bar­dzo zaco­fane, także tutaj prak­tycz­nie nic się nie działo. Jak przy­je­cha­li­śmy i zoba­czy­li­śmy, że tutaj miast nie ma, tylko małe mia­steczka to na pewno był szok. Przy­jeż­dża­jąc z Gnie­zna gdzie jest 80. tysięcy ludzi, a tutaj na całych Wyspach jest 50. tysięcy ludzi musiał być jakiś szok, ale tak jak mówię to były tylko pierw­sze wra­że­nia. Po paru dniach, tygo­dniach wszystko wró­ciło do normy i od tam­tego czasu naprawdę faj­nie się żyję.

Czyli można powie­dzieć, że dość szybko odnalazł się Pan w nowym miej­scu?

– Tak, jak naj­bar­dziej. Oczy­wi­ście co do życia. Nato­miast co do piłki poziom w tam­tym cza­sach był tra­giczny. Ja po roku wró­ci­łem do Pol­ski, na co wpływ miał mój ojciec, ponie­waż widział, że mój poziom pił­kar­ski się obniżył. Przez rok miesz­ka­łem z bab­cią i dziad­kiem, żeby podnieść ten swój poziom. Miesz­kać u dziad­ków to jed­nak co innego niż z rodzi­cami i bra­tem, po roku tęsk­noty za naj­bliż­szą rodziną posta­no­wi­łem wró­cić na Wyspy Owcze.

Na Wyspach Owczych ist­nieje tra­dy­cja zabi­ja­nia wie­lo­ry­bów. Uczest­ni­czył Pan kie­dyś w takim wyda­rze­niu?

– Nie, nie, nie.  Żeby uczest­ni­czyć w rzezi wie­lo­ry­bów musisz posiadać spe­cjalne zezwo­le­nie. Wcze­śniej nie trzeba było mieć na to kur­sów. Teraz jed­nak czasy się zmie­niły i każdy musi mieć kurs, można to porów­nać do prawa jazdy. Nigdy jed­nak nie uczest­ni­czyłem w takim wyda­rze­niu i nie mam nawet zamiaru. Oglą­dać oglą­da­łem – nie powiem, że nie. Na pewno jed­nak ni­gdy bym w tym nie uczest­ni­czył.

Na Wyspach róż­nie traktuje się zwie­rzęta, wie­lo­ryby można zabi­jać, nato­miast owce są pod ochroną.

– Można tak powiedzieć, że są pod ochroną. Na końcu i tak je zabi­jają, także niczym może się to nie różni, wszystko idzie na żyw­ność. Na pewno są chro­nione pod tym względem, że nie można sobie barana czy tam owcy prze­je­chać na dro­dze i sobie uciec. Zabi­ja­nie wie­lo­ry­bów wygląda gorzej, troszkę dra­stycz­niej, bo jest to na otwar­tym oce­anie, ale jak dla nich to jest codzien­ność. Tury­ści troszkę inna­czej to prze­żwają, acz­kol­wiek mi to ni­gdy nie prze­szka­dzało, ponie­waż jest to ich tra­dy­cją od wielu, wielu lat.

Wra­ca­jąc już do piłki, jak porów­na­łbyś Effo­de­il­din do dwóch naj­wyż­szych lig w Pol­sce: Lotto Ekstra­klasy i I ligi?

– Na pewno w Lotto Ekstra­kla­sie budżety klu­bów są wyż­sze niż nasze. No i to na pewno jest duża róż­nica. Porów­nu­jąc jed­nak pol­ską ligę z innymi euro­pej­skimi to prak­tycz­nie powie­dzie­li­by­śmy to samo. Także, na pewno tym się różni Lotto Ekstra­klasa, a Effo­de­il­din. Topowe kluby na wyspach starają się być jak naj­bar­dziej pro­fe­sjo­nalne. Wia­domo, że nie do końca się to udaję, bo zawod­nicy stu­diują lub pra­cują. Acz­kol­wiek jeśli miał­bym porów­nać poziom za cza­sów mojego ojca, a mojego to poszło wszystko w górę. Boiska są lep­sze, mamy większe moż­li­wo­ści, kluby pod­cho­dzą do wszyst­kiego bar­dzo pro­fe­sjo­nal­nie. Jak zresztą zawod­nicy. W cza­sach mojego ojca, zawod­nicy bar­dzo czę­sto lubili sobie poba­lo­wać po meczach, teraz już tak nie jest. Są oczy­wi­ście momenty gdzie można się pobawić, ale w ciągu sezonu jest jak naj­bar­dziej ciężka praca. Jeśli miał­bym porównać poziom to uwa­żam, że topowe ekipy z Wysp Owczych w I lidze dałyby sobie rade.

Jeśli byśmy nato­miast tra­fili na jakiś zespół z Lotto Ekstra­klasy w euro­pej­skich pucha­rach to może w jakimś meczu, dwu­me­czu byśmy zasko­czyli. Na dłuż­szą metę jed­nak w Ekstra­kla­sie – przez to, że nasz budżet jest, jaki jest – to wia­dome, że nie mie­li­by­śmy 20–24 zawod­ników na podob­nym pozio­mie i to mógłby być pro­blem. U nas zazwy­czaj w każ­dym zespole jest 14 zawodników, któ­rzy repre­zen­tują dobry poziom, a reszta to przedew­szyst­kim mło­dzi zawod­nicy, któ­rzy nie są gotowi do gra­nia. Więc tak jak mówi­łem pierw­sze 4–5 ekip czo­ło­wych z Wysp dałoby sobie radę w I lidze. Nie wiem, czy by się biły o awans, ale dałyby sobie spo­koj­nie radę, w Ekstra­kla­sie za to mogłoby być im ciężko.

Był Pan testo­wany w Ruchu Cho­rzów, gdy on grał jesz­cze w Ekstra­kla­sie. Strze­lił Pan nawet dwie bramki w spa­rin­gach zimo­wych. Czemu się osta­tecz­nie nie udało?

– To nie była moja decy­zja. Ja poje­cha­łem do Ruchu, wie­dzia­łem, w jakiej sytuacji jest klub finan­so­wej. Także ja tam poje­cha­łem pod takim kątem, żeby się wypro­mo­wać. Chcia­łem pójść do jakie­goś klubu, w któ­rym mógł­bym grać w pierw­szym skła­dzie i póź­niej może jakiś lep­szy klub z ligi pol­skiej by się po mnie zgło­sił. Na tych testach zagra­łem moim zda­niem dwa naprawdę dobre mecze. Dzien­ni­ka­rze, któ­rzy oglą­dali te spo­tka­nia byli naprawdę pod wra­że­niem.

Po latach sły­sza­łem, że ten spa­ring z Żyliną, który przegra­li­śmy 9:2 zade­cy­do­wał o tym, że nie zagram w Ruchu. Tre­ner Zie­liń­ski powie­dział, że nie chce zawod­nika, który będzie mu przy­po­mi­nał o tej porażce. Nie wiem ile w tym jest prawdy, ale jeżeli tak to na pewno do takiego klubu bym nie chciał iść. To była decy­zja tre­nera. Ja oso­bi­ście nie żałuję, potem wró­ci­łem na Wyspy udało mi się zdobyć kilka mistrzostw. Ska­łamł­bym gdybymym powie­dział, że w tam­tym okre­sie nie chciałemem spró­bo­wać swo­ich sił w Pol­sce, ale w Cho­rzo­wie nie wyszło, potem tak naprawdę było już mało czasu. Posta­no­wi­łem wró­cić na Wyspy Owcze i spo­koj­nie przy­go­to­wać się do sezonu.

Obec­nie pora­dziłby sobie Pan w Ekstra­kla­sie?

– Myślę, że tak. Po tym, co poka­za­łem w Cho­rzo­wie to tak. W tam­tym cza­sie w Ruchu było naprawdę dużo dobrych zawod­ników takich jak Piech, Kuświk. Oni wtedy mieli naprawdę dobry skład zajęli, prze­cież dru­gie miej­sce. Więc to nie był zespół ogór­ków. Na ich pozio­mie nie czułem, żebym jakoś odsta­wał. Oczy­wi­ście byli jedni zawod­nicy lepsi od innych jak to w każ­dym zespole. Na pewno jed­nak, aż tak bar­dzo nie odsta­wa­łem. W spa­rin­gach, w któ­rych zagra­łem poka­za­łem się naj­le­piej ze wszyst­kich napast­ni­ków, a był tam, prze­cież Nie­dzie­lan, Piech, Kuświk. Oni nie strzelali w tych meczach, ja to robi­łem. Myślę, że sobie dał­bym radę w pol­skim klu­bie.

W Pol­sce roz­grywki na Wyspach Owczych trak­to­wane są troszkę z przy­mru­że­niem oka. Jak Pan do tego podcho­dzi?

– Powiem tak. Z jednej strony rozu­miem podej­ście Pola­ków do naszej ligi. Jest to mały kraj nie będzie tu jakiejś rewe­la­cji w Mistrzo­stwach Europy czy Świata, o to na pewno będzie ciężko, acz­kol­wiek widzimy co ostat­nio robi Islan­dia. Także ni­gdy nic nie wiadomo.

Spo­koj­nie pod­cho­dzę do tych scep­tycz­nych komen­ta­rzy. Patrząc jed­nak na Ekstraklasę i to jakie wyniki pol­skie kluby osią­gają w Euro­pie to uwa­żam, że nie na miej­scu jest to byśmy my kry­ty­ko­wali inne kraję, a w szcze­gól­no­ści takie małe jak Wyspy Owcze. Ja po tylu latach jestem pod wra­że­niem, że 50. Tysięcy ludzi potrafi mieć ligę skła­da­jącą się z 10 zespołów i jakoś funk­cjo­no­wać. Patrząc choćby na moje rodzinne mia­sto Gnie­zno, które ma 80. Tysięcy miesz­kań­ców a grają jak się nie mylę w IV lidze. Gra­nie tutaj na Wyspach nauczyło mnie tego, że nie powinno się oceniać mniej­szych krajów. Jeśli ktoś nie wie jak to wszystko funk­cjo­nuję wewnątrz ligi to nie powinien zabierać w tej spra­wie głosu.

Effo­de­il­din wydaje się dość wyrów­naną ligą.

– Zgadza się. Oczy­wi­ście zda­rza się, że dwa mistrzo­stwa, które zdobyli­śmy – w 2011 i 2015 – to byli­śmy lep­szą dru­żyną, ale na pewno nie tak, że odska­ku­jemy na 10–15 punk­tów. Zaw­sze przed sezo­nem jest cztery-pięć zespo­łów, które śmiało mogą wal­czyć o mistrza. Wiadomo, jeślii ktoś będzie miał lep­szy począ­tek od innych to ma więk­sze szansę na zwy­cię­stwo. Przed Rozgryw­kami jed­nak nie ma faworyta, który oczy­wi­ście klaruje się pod­czas sezonu. Bar­dzo ciężko się gra z dru­ży­nami z dołu tabeli, z któ­rymi wiele topowych ekip traci punkty. Świad­czy to o tym, że liga się wyrów­nuję i małymi krocz­kami idzie do przodu.

Kilka lat temu otwar­cie wypo­wia­dał się Pan, że chciałby zagrać w repre­zen­ta­cji Wysp Owczych. Jak wygląda sytu­acja aktu­al­nie?

– Na dzisiaj zre­zy­gno­wa­łem z tego. Powo­dem tego jest to, że przez tyle lat bicia się o ten pasz­port nie udało się. To są wszystko oczy­wi­ście prze­pisy, poli­tyczne sprawy, więc ciężko mi coś na ten temat powie­dzieć. Ja ze swo­jej strony zro­bi­łem wszystko, co mogłem. Odpo­wiedź przy­szła nega­tywna no i od tego czasu wszystkoo uci­chło.

Z dru­giej strony lata lecą i wcho­dzić do kadry jako zawod­nik po trzydziestce byłoby na pewno cię­żej. W dodatku repre­zen­ta­cja w ostat­nich dwóch latach poszła mocno do przodu i nie jest powie­dziane, że do tej kadry bym się załapał.

Jeśli cho­dzi o kwe­stie try­bun. Jak to wygląda na Wyspach Owczych?

– Na try­bunach jest zde­cy­do­wa­nie spo­koj­nie. My dzie­limy sta­dion z naszym naj­więk­szym rywa­lem ze sto­licy. Mecze takie wyglą­dają bar­dzo przy­ja­ciel­sko. Nikt nikogo tam nie biję, nie rzuca niczym. Kibice dwóch ekip potra­fią obok sie­bie usiąść i poroz­ma­wiać na spo­koj­nie. Nikt nikomu krzywdy nie robi.

Kie­dyś widzia­łem fil­mik na YouTube: bram­karz wyko­py­wał piłkę, a przez wiatr ona do niego wra­cała. Ciężko się gra przy pogo­dzie panu­ją­cej na Wyspach?

– Naj­gor­sze mie­siące na Wyspach Owczych to paździer­nik, listo­pad, gru­dzień, sty­czeń, luty no i może marzec, czyli ten okres, w któ­rym prak­tycz­nie się nie gra. Oczy­wi­ście może się zdarzyćyć, że w czerwcu przyj­dzie jakiś sztorm i ta pogoda nie będzie naj­lep­sza. Kie­dyś meczów nie odwo­ły­wali. Teraz jed­nak, z powodu wiatru czy śniegu zdarzyło się, że mecz został odwo­łany lub prze­ło­żony na inny dzień, ale takie sytuację to rzadkość.

Za cza­sów mojego ojca, jed­nak się tak grało. Pamię­tam, że jesz­cze za mło­dzika z szes­nastki się nie wycho­dziło, bo tak wiało, a mecz trzeba było dokoń­czyć. Nie­fajne przy­gody, bo wia­domo tak w piłkę się nie powinno grać no, ale tak było.

Na Wyspach Owczych żyję się lepiej niż w Pol­sce?

– Tak. To jest w ogóle inna bajka. Poziom życia jest chyba naj­waż­niej­szym powo­dem dla­czego ja z rodziną nie chcemy wracać do Pol­ski. Wró­cić do swo­jego kraju na pewno byłoby fajne, ale trzeba mieć też do czego wró­cić, mieć jakąś przy­szłość. Może gdybym grał w pol­skiej lidze, jakoś to by wyglą­dało. Jeżeli jed­nak miałbym mieć jakąś nor­malną pracę to zde­cy­do­wa­nie nie. Gdy odwie­dzam Pol­skę widzę jak ludzie się stre­sują życiem. Na Wyspach Owczych tego nie ma. Na dzisiaj nie zamierzamy wra­cać do Pol­ski na stałe.

W dodatku rok temu robi­łem licen­cję UEFA A. Idę w tym kie­runku, by po mojej karie­rze pił­kar­skiej zostać tre­nerem. Na Wyspach Owczych będę miał większe moż­li­wo­ści, tutaj ludzie mnie znają. Z Polski dawno wyje­cha­łem, więc nie mam żadnych zna­jo­mo­ści nawet po to, by się polecić.

Jest Pan już legendą na Wyspach Owczych?

– Myślę, że tak. Mówię to nie wywyż­sza­jąc się oczy­wi­ście. Dążę do tego, by w mojej karie­rze kilka trofeów jesz­cze wygrać. W ostatnich sezonach zdobywałem suk­cesy indy­wi­du­alne. Chcę to powtórzyć. Skupiamam się na tym by w naj­bliż­szych latach coś jesz­cze wygrać.

Dzię­kuję bar­dzo za poświę­cony mi czas.

– Pro­szę bar­dzo.