lks gor staty

ŁKS wypada za burtę

Poznaliśmy pierwszego spadkowicza sezonu 2019/20. We wtorkowym spotkaniu 32. kolejki PKO Ekstraklasy ŁKS Łódź przegrał 1:3 z Górnikiem Zabrze i stracił szansę na utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Złośliwi mogą powiedzieć, że ŁKS jakiekolwiek szanse na utrzymanie stracił kilka ładnych kolejek temu. Rzeczywiście, wraz z początkiem rundy zasadniczej wynosiły one mniej niż 1% i nawet w obozie łodzian dało się wyczuć pewnego rodzaju nastawienie, aby przygotować się już na grę w 1. lidze, a nie heroicznie powalczyć o utrzymanie Ekstraklasy. Dziś szala przechyliła się nieodwracalnie – ŁKS jest już pewny pożegnania z krajową elitą.

Czy będziemy tęsknić? No cóż… Okres krótkiego pobytu beniaminka w Ekstraklasie można uznaniowo podzielić na dwa etapy. W pierwszym, gra ŁKS-u była całkiem przyjemna dla oka (głównie za sprawą Daniego Ramireza), łodzianie pod wodzą trenera Moskala starali się długo operować piłką, jednak wrażenie artystyczne nie przekładało się na konkretne zdobycze punktowe. Można było jednak zewsząd usłyszeć głosy, że wygrywanie spotkań przez tak całkiem fajnie grającą drużynę jest kwestią czasu.

Prawda futbolu okazała się jednak dla ŁKS-u dość okrutna. Odszedł Ramirez, zdecydowano się zmienić trenera. Gdzieś pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami ŁKS wszedł we wspomniany wcześniej drugi etap. Gra łodzian przestała, delikatnie mówiąc, imponować. Niemal w każdym meczu piłkarze Moskala, a później Stawowego popełniali koszmarne błędy w wyprowadzaniu piłki z własnej połowy, co stało się ich niechlubnym znakiem rozpoznawczym. Rozdawane prezenty kolejnym rywalom pogrążały ŁKS z kolejki na kolejkę. Trener Stawowy starał się szukać optymalnego składu, ustawienia, taktyki, zmieniał personalia. Nie wpłynęło to w żadnej sposób na poprawę jakości gry.

Co do dzisiejszego spotkania – mimo kiepskiej sytuacji, gospodarze wyszli na ten mecz pozytywnie zmotywowani, co było widać gołym okiem. Walka o każdą piłkę, wysoki pressing. Krótko mówiąc, w pierwszej połowie dużo lepsze wrażenie sprawił ŁKS.

No i nie po raz pierwszy w tym sezonie łodzianie przekonali się, że wrażeniem nie wygrywa się spotkań. Trener Brosz nastawił swoich piłkarzy defensywnie. Niski pressing, wyczekiwanie na rywala na własnej połowie, kontrataki, proste środki. Zawodnikom Górnika zdarzało popełniać się błędy w defensywie, jednak przeciwnicy nie potrafili ich wykorzystać.

Tak prosta wizja Brosza na ten mecz okazała się niezwykle skuteczna. Jeszcze przed przerwą Malarza pokonał Vasilantonopoulos, kwadrans po przerwie dobili Angulo i Giakoumakis. 3 szybkie bramki i było po meczu. A skoro jesteśmy przy liczbie 3, oglądając dzisiejsze spotkanie można było odnieść wrażenie, że Górnicy gładko je wygrali „jadąc” na zaledwie trzecim biegu. Zabrzanom trzeba jednak oddać, że po przerwie spowodowanej pandemią prezentują się bardzo solidnie.

Pozostałej części meczu nie ma w zasadzie potrzeby komentować. ŁKS można było porównać do człowieka, który wpadł pod koła pociągu, stracił dwie nogi i pół brzucha i zachowując czynności życiowe dogorywał jeszcze przez pewien czas. Kibice z trybun urządzili festiwal szydery, wyśmiewając różne zagrania piłkarzy ŁKS-u. W 85. minucie Sobociński z dużą pomocą Vasilantonopoulosa zdobył bramkę honorową.

Trudno przewidzieć dalsze losy Łódzkiego Klubu Sportowego. Włodarze klubu deklarowali, że Wojciech Stawowy to trener na dłuższy czas. Na „dzień dobry” zadanie utrzymania Ekstraklasy dla Łodzi było bardzo trudne, być może doświadczony trener ŁKS-u lepiej poradzi sobie w realiach pierwszoligowych.