zc

Koniec bajki Arki, 19-stka Legii – Warszawa znów żyła finałem Pucharu Polski

Finał Pucharu Polski w ciągu kilku ostatnich lat zyskał bardzo dużo na renomie i prestiżu. Dlaczego? Wszystko oczywiście sprowadza się do dwóch słów – Stadion Narodowy(chociaż w teorii powinienem napisać „PGE Narodowy”, tak jak życzy sobie sponsor tego pięknego obiektu). Nie trzeba być nie wiadomo jak doświadczonym kibicem by pamiętać finały rozgrywane chociażby na stadionie w Bełchatowie, albo przeprowadzane w formie dwumeczu już nawet po otworzeniu naszej reprezentacyjnej areny.

Co prawda ciąż wiele zespołów czy kibiców traktuje te rozgrywki z delikatnym przymrużeniem oka, ale nastawienie zmienia się diametralnie z każdym krokiem zbliżającym do finału. Tutaj też powód jest prosty. Perspektywa wyjazdu na ten obiekt i jeszcze możliwość zdobycia na nim trofeum? To brzmi jak plan na przygodę życia.

To też ujrzałem od pierwszego kroku w Warszawie. Dojechałem spokojnie, myląc początkowo pociągowe wagony dając dzięki temu kilkanaście sekund frajdy pewnej Francuzce i jej koleżankom. Cóż, emocje udzielają się każdemu. Stolica, a przynajmniej jej legijna część, stęskniła się za swoją drużyną w finale tych rozgrywek. Nic w tym temacie nie zmienia 18 krajowych pucharów zdobytych przez Legię, bo roczna nieobecność wzbudziła jeszcze większy głód na zwycięstwo. Trudno to inaczej nazwać, skoro już od południa wszędzie można było zobaczyć postacie ubrane koszulki z charakterystyczną eLką w kółeczku. Sprytnie wykorzystywali to przystadionowi sklepikarze, robiąc wszystko by gadżety od razu przykuwały oczy kibiców. Musieli się przy tym nieźle nagimnastykować, bo w żadnym elemencie nie wolno im przecież umieścić klubowego herbu. Niektórzy fani byli tak zadowoleni z zakupu, że zapominali odpinać metek z gadżetów, co sprawiało, że ich szaliki wyglądały nieco komicznie. Liczą się jednak chęci.

Nie inaczej było jeśli chodzi o przyjezdnych z Gdyni. Kilka pociągów specjalnych, mimo wielu problemów sprawianych przez PZPN, składało się na kolejną inwazję żółto-niebieskich do Warszawy – tym razem blisko 15 tysięcy fanów Arki. Jeszcze więcej niż przed rokiem. Każda z tych osób oczywiście głęboko wierząca, że cud może się powtórzyć i puchar znów pojedzie nad morze. Pod stadionem byli oni na kilka dobrych godzin przed meczem, więc wykorzystywali ten czas jak na majówkę przystało – grill, kiełbaski, relaks. Na fajerwerki(dosłownie) czas miał przyjść później. Co cieszy, to fakt że kibice obu drużyn wielokrotnie mijali się pod stadionem czy to już na sektorach neutralnych PGE Narodowego i nie wybuchnęła z tego powodu III wojna światowa. Sympatyczna była sytuacja, kiedy grupa kibiców Legii pokazała starszemu kibicowi Arki drogę na sektor jego drużyny. Zabraknąć nie mogło klasycznego już dla Finału Pucharu Polski przerwania meczu przez race bądź ich dymiące skutki. Tutaj kamyczek leci bez dwóch zdań do ogródka prezesa Zbigniewa Bońka, który wielokrotnie podszczypywał Ekstraklasę w temacie organizacji i zabezpieczenia imprez masowych, a tutaj sam PZPN zupełnie się nie popisał dając fanom wnieść na oko jakieś 2 tony pirotechniki.

W samym meczu Legia potrafiła zrobić to, co problemem nie do przeskoczenia było przed rokiem dla Lecha – wykorzystywała błędy rywali. Ten mecz w pierwszej był o dziwo nad wyraz logiczny, szczególnie dla osób przyzwyczajonych do tzw. „praw Ekstraklasy”. Dwa błędy Arki wykorzystane przez Legię, która już po 30 minutach miała tak naprawdę ustawiony mecz. Po wygranych meczach kibice lubią oglądać ich skróty, w tym wypadku też tak będzie ale jeszcze z innego powodu. Duża część fanów Legii mogła po prostu nie zauważyć gola Jarosława Niezgody, bo akurat w tym momencie w pełni swoją barwę pokazywały świece dymne.

123

Jeszcze przed przerwą Arkowcy jakoś próbowali się odgryźć, ale te próby musiały wyglądać nieco komicznie gdy „postraszyć” mogli oni jedynie Maciejem Jankowskim. Co innego w drugiej części spotkania, gdzie wejście Rafała Siemaszki nieco rozruszało grę Gdynian. Wszystko jednak zostało zniweczone przez niesamowity wręcz pokaz głupoty Grzegorza Piesio. Gdybym miał oceniać jego IQ na podstawie tylko i wyłącznie tego zagrania, to pewnie zakręciłoby się ono mniej na poziomie liczby zdobytych przez Arkę Pucharów Polski. 2 i tak byłoby wygórowaną oceną. Kompletnie odcięło mu prąd i pozbawił on kolegów ostatniego cienia szansy na wrócenie do tego meczu. Legia od tamtego momentu mogła spokojnie czekać na koniec meczu, ostatnie kilkanaście minut w większości wyglądało jak gra treningowa mająca na celu szlifowanie ataku pozycyjnego. W samej końcówce już Legioniści nieco się wyłączyli co poskutkowało kontaktowym golem Sołdeckiego, ale Arka nie miała już ani okazji ani przede wszystkim sił by postraszyć rywali.

Dean Klafurić zaczyna więc pracę przy Łazienkowskiej od zdobycia 19. w historii klubu Pucharu Polski. To brzmi dosyć dumnie, ale sam Chorwat od razu po meczu podkreślił, że to jedynie pierwszy krok w jego pracy. Legia w tej edycji pobiła też kilka innych rekordów, bo we wszystkich meczach prowadziło ją w sumie 3 trenerów, a zagrało aż 33 piłkarzy. Sporo kruszcu na medale. Dla niektórych nie zabraknie nawet miejsca w galerii sław:

beer

Jeśli trener Ojrzyński zachowa podejście z meczów poprzedzających finał, to będzie to oznaczało, że dla Arki sezon chyba już się skończył. Piszę to oczywiście z lekkim przymrużeniem oka, ale kibice z Gdyni już tak dobrego humoru z pewnością nie mają. Wypadają też nieco argumenty z rąk prezesom klubu, którzy już nie będą mogli odbijać zarzutów prostym: „zobaczcie na ten puchar, który stoi w gablocie”. Najbliższe miesiące zapowiadają się ciężko, ale podobno każda bajka ma dobre zakończenie. Oby nie inaczej byłą z tą Arki.

Moja przygoda z finałem kończyła się zastanowieniem czy uda mi się zdążyć na pociąg, a może też czeka mnie ciekawy wieczór na dworcu Warszawa Wschodnia. Na szczęście kierowca ubera skutecznie pomógł mi bym nie przekonał się o wygodzie dworcowych ławek. Zresztą okazał się on kibicem… Polonii Warszawa, który chętnie pochwalił się meczami w barwach oldboyów tego klubu rozgrywanych na stadionie Cracovii. Świat jest malutki, po raz kolejny się to potwierdza. Finale Pucharu Polski – na pewno wrócę za rok.