Puchary-eu

Jagiellonia w dobrych humorach, Amaral na ratunek, a u innych… już tylko gorzej, czyli kolejne zmagania polskich klubów w Europie.

Trudno jest szukać plusów, jeśli nasze rodzime kluby męczą się z piłkarskimi potęgami z Białorusi czy Słowacji. Patrząc logicznie, ze wszystkich drużyn jakie napotkały polskie kluby na swojej drodze w obecnej fazie kwalifikacji, najpoważniejszym przeciwnikiem jest portugalskie Rio Ave. W ostatnim sezonie zajęli oni piąte miejsce, plasując się jedynie za drużynami, które od kilku lat rozdają karty w portugalskiej ekstraklasie i rzadko dopuszczają kogoś do top4 . Od Jagielonii nie wymagaliśmy zbyt wiele, ale to właśnie Białostoczanie sprawili nam i sobie bardzo miłą niespodziankę. Wynik 1-0 u siebie sprawia, że drużyna Ireneusza Mamrota może jechać w dobrych humorach na rewanż do Portugalii. Oczywiście, można mówić, że Rio Ave nie wykorzystało swoich sytuacji, albo że Jaga miała nieco szczęścia, jednak o co tak naprawdę chodzi w futbolu? Liczy się to, co jest w sieci. Wygrywa ten, który strzeli minimum jedną bramkę więcej od swojego przeciwnika. Ireneusz Mamrot na przedmeczowej konferencji prasowej mówił, że ma plan na ten mecz i wygląda na to, że został on wykonany bardzo dobrze. Nie mamy nic przeciwko, by w rewanżu plan znowu zadziałał. W Portugalii Białostoczanom będzie grało się naprawdę ciężko, jednak jeśli uda im się awansować do kolejnej rundy eliminacji, to spokojnie będziemy mogli mówić o sensacji, bardzo podobnej do tej sprzed dwóch lat, gdy Zagłębie Lubin odprawiło z kwitkiem serbski Partizan Belgrad.

Górnik Zabrze może być w nieco gorszych nastrojach. Sporo niewykorzystanych szans, ewidentny błąd sędziego liniowego w sytuacji, w której Igor Angulo wychodziłby oko w oko z bramkarzem Trenčína, gra pozostawiająca wiele do życzenia, a wynik jeszcze gorszy. Porażka  u siebie z pewnością nie stawia Górników w dogodnej sytuacji. Nic w tym meczu nie ułożyło się po myśli Zabrzan. „Nie wykonaliśmy do końca tego, co było założone” mówi Szymon Matuszek.  Gra Trenčína była miła dla oka. Duża wymienność pozycji, spora liczba strzałów na bramkę, to mogło się podobać. Zabrzanie nie zamierzają składać broni i w rewanżu zrobią wszystko, by odwrócić losy tego dwumeczu. Jeśli stworzą sobie kilka dogodnych szans, a pokazali w pierwszym meczu, że potrafią, to wszystko jest możliwe. Słowaccy dziennikarze są już pewni swego, jednak nie stawiałbym jeszcze podopiecznych Marcina Brosza na straconej pozycji. To wciąż tylko 1-0 i Zabrzanie muszą zrobić wszystko, aby w kolejnej rundzie to oni zagrali z Feyenordem Rotterdam.

Natomiast Lech Poznań dzięki remisowi na Białorusi jest o krok bliżej od awansu. Lechici raz po raz zagrażali bramce Andreya Klimovicha i mimo kontrolowania meczu pozwolili sobie strzelić gola. Na ich szczęście kolejny raz pokazali, że potrafią grać do końca.  Na pewno cieszy fakt, że Kolejorz podniósł się po straconym golu i doprowadził do wyrównania, jednocześnie stawiając siebie w lepszej sytuacji w rewanżu. Był to najlepszy mecz w wykonaniu Lecha pod wodzą Ivana Djurdjevica, jednak ,jak sam mówi, jest jeszcze wiele do poprawy, lecz nie ma powodów do paniki.  Na plus należy zaliczyć wejście João Amarala, który zaliczył idealny start w nowym klubie. Bardzo ważna bramka na wyjeździe z pewnością podziała bardzo pozytywnie na Portugalczyka. Szkoda tylko, że czwarty klub poprzedniego sezonu białoruskiej ekstraklasy napędził już tyle stracha piłkarzom Lecha. Liczymy na to, że w Poznaniu Kolejorz nie pozostawi złudzeń Szachtiorowi.

Napisać, że Legia była beznadziejna to jak nic nie napisać. Mistrz Polski został zdominowany przez klub ze Słowacji, który swój ostatni transfer pieniężny sfinalizował w 2012 roku. Drużyna, w której dużą rolę odgrywają zawodnicy wypluci przez polska ekstraklasę, a trenerem jest znany nam z Piasta Gliwice Radoslav Latal,  górowała nad Wojskowymi i to w takim stopniu, że wynik 2-0 jest najmniejszym wymiarem kary. Interwencje Arka Malarza i wyborna nieskuteczność piłkarzy Spartaka sprawiły, że Legia nie musi jechać na Słowację z bagażem trzech lub czterech bramek. Dean Klafurić szuka wymówek, a jego pomysł na grę trójką obrońców nie zdaje egzaminu. Legioniści zostawiali zbyt dużo miejsca rywalom, źle ustawiali się na boisku i ewidentnie widać, że ten system nie do końca leży piłkarzom. Sam Radović wypowiada się, że woli grać w systemie z czwórką z tyłu, delikatnie sugerując, że niektóre założenia trenera nie są do końca trafne. Jeśli Wojskowi nie zmienią niczego w swojej grze, to nie mają czego szukać na Słowacji. Miejmy nadzieję, że to tylko wypadek przy pracy, choć bardzo trudno jest w to uwierzyć. Legia w tym sezonie przegrała już 3 mecze, a Spartak Trnava w pierwszym spotkaniu pokazał mistrzowi Polski jego miejsce w szeregu. Konsekwencją tej porażki było zwolnienie…uwaga! kucharza, jednak to nad szkoleniowcem zbierają się najczarniejsze chmury. Jego posada wisi na włosku, a ewentualna porażka w rewanżu może spowodować, że będzie musiał pakować się do domu.