statystykijagłks

Jagiellonia sprytniejsza i skuteczniejsza, ale ŁKS może wracać z podniesioną głową

W tym meczu było na co popatrzeć. Aż żal, że ktoś musiał przegrać. ŁKS, mimo że wraca do Łodzi bez punktów, nie ma się czego wstydzić. Zaprezentowali się z dobrej strony, jednak przegrali z Jagiellonią przede wszystkim kondycyjnie oraz nieskutecznością względem rywala. Mecz ten unaocznił wizje obu trenerów, którzy chcą, żeby ich zespoły były przy piłce i tworzyły jak najwięcej okazji. Było to widać aż nadto. 

Na groźną okazję nie trzeba było długo czekać, już w 3. minucie Dani Ramirez oddał groźny strzał w kierunku Węglarza. W 15. minucie oko w oko z Malarzem stanął Klimala, jednak ten pojedynek został przez niego przegrany. Chwilę potem ponownie zagroził Dani Ramirez, gdzie Węglarz musiał się jeszcze bardziej nagimnastykować, aby to obronić. Goście bez kompleksów podeszli do spotkania i potrafili zagubić obrońców rywala. Jeśli chodzi o stuprocentowe okazje, to jedna akcja pobudzała rywala. I tak po groźnym uderzeniu głową Kwietnia, goście skontrowali strzałem Trąbki w słupek. Pod koniec pierwszej połowy podytkowano Jagiellonii rzut karny, ale po długiej konsultacji z wozem VAR okazało się, że Patryk Klimala był na centymetrowym spalonym. To drugi mecz z rzędu, w którym mamy do czynienia z taką sytuacją. W Płocku kosztowało to bramką.

W drugiej połowie i tak wysokie tempo zostało jeszcze dodatkowo podkręcone. Zdarzało się, że w ciagu kilku sekund zagrożenie pod jedną bramką, zostało skontrowane nie mniej niebezpieczną okazją po drugiej stronie. Pluć w brodę może Łukasz Sekulski, który podobnie jak Klimala miał kilka okazji, w których przed sobą miał tylko bramkarza rywala. W Jagiellonii lepiej nie było, bo poza wspomnianym Klimalą, ostatniego zagrania brakowało Camarze. Z czasem ŁKS tracił siły, co przekładało się na coraz większą przewagę gospodarzy. Opór łodzian został wreszcie przełamany, co ciekawe ze stałego fragmentu gry, gdzie Jagiellonii w ostatnich tygodniach nie szło najlepiej. Strzelcem gola Bartosz Kwiecień, który pieczętuje tym samym dobry występ na środku defensywy. Po tej bramce, łodzianie ruszyli do ataku, jednak brakowało nie tyle animuszu, co sił, o czym świadczy fakt, że szarpać próbowali zwłaszcza Pirulo i inni rezerwowi. Niewiele to pomogło, a gospodarze jeszcze podwyższyli prowadzenie. Wreszcie okazji nie zmarnował Klimala, który strzelił już szóstą bramkę w tym sezonie. Podającym wyjątkowo Jesus Imaz, który zalicza dopiero drugą asystę w tym sezonie. W pewnym sensie jest to symbol zmiany warty na pozycji napastnika, z której wcześniej znakomicie wywiązywał się Hiszpan. ŁKS po tej bramce się nie podniósł, w dodatku przez ostatnie kilka minut musiał sobie radzić bez swojego kapitana, który za faul w środku boiska zarobił drugą żółtą kartkę. Zwycięstwo pozwala Jagiellonii utrzymać się w górnej ósemce, ŁKS zaś musi czekać na wynik meczu Raków Częstochowa – Wisła Kraków. Jeśli beniaminek tego meczu nie wygra, Wisła zepchnie łodzian ponownie w piekielne czeluści strefy spadkowej.