js

Jagiellonia dostała chłopca do bicia, więc go pobiła

Ja wiem, że kontuzje i wszystkie inne kataklizmy nie oszczędzają Cracovii. Jest jednak pewna granica przyzwoitości poniżej której nie powinno się schodzić w żadnym wypadku. Pasy w meczu z Jagiellonią nie tylko tę granicę przekroczyły, ale uciekły jej tak daleko, że przypomina ona już ziarenko maku.

 

Groteskowo brzmiał Milan Dimun mówiący w przerwie, że generalnie to Cracovia gra bardzo dobry mecz, a to że straciła bramkę tuż przed przerwą to generalnie żadna straszna rzecz. Okej, akurat Słowakowi jedno podanie wyszło całkiem nie najgorzej, zresztą powinna po nim paść bramka dla Pasów. Problem jednak w tym, że takie przebłyski są tylko ledwo widocznymi promykami w bardzo ciemnej dziurze w jakiej znajduje się teraz Cracovia.

Ofensywa? Jeśli już udało się skleić jakąś akcję z przodu to najczęściej jest ona partaczona słabiutkim strzałem(jedynym wyjątkiem była bramka Airama Cabrery, która co prawda wynikła ze sporego przypadku, ale Hiszpanowi trzeba oddać, że wykończył to znakomicie). Obrona? To mógłby być temat na dłuższą książkową pozycję, szczególnie opisującą zachowanie defensorów przy dośrodkowaniach – patrz gole numer 1 i 2. Z kolei gol na 3-0 mógł się zakończyć kolejnymi poważnymi urazami piłkarzy Cracovii, bo mało brakowało by skręcili oni sobie karki oglądając się za szybko uciekającym im piłkarzom Jagiellonii.

Cracovia tak źle ligi nie zaczęła nawet w sezonie spadkowym, bo wtedy pierwsze  zwycięstwo udało się uciułać właśnie w ósmej kolejce. Pasy zostają z zawstydzającymi trzema punktami na koncie i w pełni zasłużenie zostają na pozycji czerwonej latarni ligi. Najbardziej przykre dla kibiców z ulicy Kałuży wydaje się jednak to, że drużyna nie tylko pasuje do ostatniego miejsca Ekstraklasy, ale powija zaczyna sobie tam uwijać własne gniazdo.

A Jagiellonia? Co tu dużo mówić – dostała słabiutkiego rywala do obicia i po prostu go obiła. To nie był wielki mecz v-ce mistrzów Polski, ale to był mecz jaki drużyny aspirujące o najwyższe cele muszą wygrywać. Jaga nie prowadziła gry, nie spychała Cracovii do głębokiej defensywy jak miało to miejsce chociażby w wiosennym meczu obu drużyn. Wyczekała za to starannie swoje szanse i wykorzystywała je jedna po drugiej. Guilherme korzystał z prezentów prezentując wrzutki z lewej nogi tak dobre, że spokojnie mogłyby aspirować do nagrody imienia Rafała Kurzawy. Co prawda przy drugiej asyście miał tyle czasu na ułożenie sobie piłki, że prawdopodobnie zdołał przemyśleć od czego zacznie sobotnie zakupy, ale trzeba docenić, że Sheridanowi piłkę zagrał po prostu na nos.

Irlandczyk zaliczył świetny powrót do składu. Brawa należą się mu szczególnie za pracę przy bramce na 3-0. Najpierw odbiór piłki w środku pola, dobre rozegranie i błyskawiczne przemieszczenie się w pole karne by wykończyć akcję. To była wzorowa kontra i wzorowe zachowanie napastnika.

Jagiellonia wraca na dobre tory, nadrabia dystans do czołówki. Taki mecz był Jadze potrzebny po meczach z Miedzią i Wisłą Płock gdzie zadyszka była aż nad to widoczna. Co raz żałośniej wygląda sytuacja Cracovii, nie widać zupełnie żadnych symptomów poprawy. Pasy wciąż są piłkarsko naiwne jak dzieciak dający się wykorzystywać starszym kolegom. Niby się starają, ale na końcu i tak zostają z niczym.