Szufryn, Piter-Bucko, Sandecja, Gliwa, Baran

Gdzie tu logika? W Nowym Sączu próżno jej szukać

Datę 17 maja 2017 roku zapamięta każdy kibic Sandecji. Właśnie wtedy klub z Nowego Sącza po raz pierwszy w historii awansował do piłkarskiej ekstraklasy. Działacze klubu wraz z prezydentem miasta obiecali nowy stadion, nowych zawodników, większe pieniądze. To wszystko miało zagwarantować dłuższy pobyt Sandecji w najwyższej klasie rozgrywkowej. Czy to się ziściło? Czas zweryfikować te obietnice.

Zacznijmy od stadionu. Stadion im. Ojca Władysława Augustynka w zupełności nie spełniał wymogów Ekstraklasy, więc władze klubu z Nowego Sącza musieli znaleźć tymczasowy obiekt, w którym mogli by grać w najwyższej klasie rozgrywkowej. Spekulowało się, że to będzie stadion Cracovii, ostatecznie dogadano się z Bruk-Betem Termaliką. Tak więc Sandecja i jej kibice zostali zmuszeni do grania około 80 kilometrów od Nowego Sącza. Rozwiązanie miało być tymczasowe, początkowo spekulowano, że Sandecja już wiosną wróci do Nowego Sącza. Tak się oczywiście nie stało. Nic w tym dziwnego skoro przetarg ogłoszono w październiku. Cóż z tego przetargu skoro pod koniec roku został unieważniony. Tego dla nowosądeczan było już za wiele. Niezadowoleni kibice zorganizowali demonstrację pod siedzibą ratusza. Hasłem tej demonstracji było „Nowoczesny stadion, nie pudrowanie trupa” Prezydent Ryszard Nowak dialogu z kibicami nie podjął. Wysłał jednak list, w którym obiecał…remont starego obiektu, czyli krótko mówiąc pudrowanie trupa. Nie ma to jak wsłuchanie się w głos wyborców. A wybory tuż, tuż…

Stadion jednak w piłkę nie gra. To zawodnicy decydują o bycie drużyny w lidze. Latem ściągnięto uznanych ligowców takich jak Patrik Mraz, Mateusz Cetnarski czy Tomasz Brzyski. Najlepszym transferem było jednak ściągnięcie bułgarskiego snajpera ze Stali Mielec, Aleksandra Kolewa. Transfery wydawały się być solidne, jednak dziwne wydawało się ściąganie trzech lewych obrońców. Poza wspomnianymi wcześniej Mrazem i Brzyskim, ściągnięto Jonatana Strausa, który został wypożyczony z Jagiellonii w nadziei, że zacznie grać regularnie. A jak na razie w lidze złapał mniej minut, niż w ostatniej rundzie, gdy reprezentował „żółto-czerwonych”. To jednak nic takiego w porównaniu z tym, co się działo przy niedoszłym transferze Freddiego Adu.

Prawdopodobnie głównym inicjatorem tej akcji był pełnomocnik zarządu ds. sportu (de facto pełni obowiązki podobne dla dyrektora sportowego) Sandecji Arkadiusz Aleksander. Dla trenera Mroczkowskiego pojawienie się na treningu Amerykanina było autentyczną niespodzianką i po wstępnym rozeznaniu postanowił zrezygnować z usług niegdysiejszego wonderkida piłki nożnej. Po tej decyzji doszło do przeciągania liny między dyrektorem sportowym, a trenerem. Mroczkowski groził wręcz, że poda się do dymisji. Ostatecznie Adu nie podpisał kontraktu, ale tak naprawdę każdy na tym przegrał. Najbardziej jednak wtedy skompromitował się prezes Sandecji Grzegorz Haslik, który nie mniej, nie więcej stwierdził, że sama próba ściągnięcia Adu to był tak naprawdę chwyt marketingowy. Tak, naprawdę coś takiego powiedział. Jeśli w eter ma iść przekaz, że polski klub bierze zawodnika tylko po to, by było więcej kliknięć, to szczerze mówiąc ręce opadają. Z takim „marketingiem” w Nowym Sączu daleko nie zajadą, nawet do Niecieczy.

Wspomniałem o sporze pełnomocnika zarządu ds. sportu z trenerem. Między Aleksandrem a Mroczkowskim nigdy zbyt wielkiej chemii nie było, jednak transfer Adu pokazał jak ten spór kompetencyjny wygląda. Aleksander zachowywał się trochę jak by to on decydował o tym, kto wybiegnie na boisko. Mroczkowski zaś niekiedy przesadzał w drugą stronę, czasami odrzucał zawodnika tylko dlatego, że ściągnął go Aleksander (kazus Adu). Kuriozalny spór został zażegnany pod koniec roku, kiedy Sandecja przestała wygrywać i Mroczkowski nie był już potrzebny. Dymisja Mroczkowskiego przyszła w dziwnym momencie, bo tydzień przed zakończeniem rundy jesiennej. Trochę za późno, by „efekt nowej miotły” mógł zadziałać przed końcem roku. Od nowego roku zespół prowadzi Kazimierz Moskal, jednak lepszych rezultatów na razie nie osiąga. Działania na rynku transferowym były dość bierne, a nieliczne nowe nabytki nie dają pozytywnego „kopa” w grze zespołu. Sandecja dosyć niedawno po raz pierwszy pojawiła się w strefie spadkowej i większość kibiców chce żeby tak pozostało. Patrząc na to, jak ten klub funkcjonuje, faktycznie Ekstraklasa ich przerasta.