statystykilegcra

Football, bloody Helik

 

Okrutnym, bądź pięknym, sportem jest piłka nożna. Wszystko w zależności od perspektywy. Cracovia dzisiaj widziała to w tej pierwszej, a Legia w drugiej wersji.

To równie dobrze mogło być 0-0. Głównym „winowajcą” takiego stanu rzeczy byłby z pewnością Michal Pesković. Nie wiem jakiego rodzaju magiczny wywar Słowak popija w swoim bidonie, ale jest to coś wyjątkowo skutecznego. Dzisiejsze dwie jego interwencje, kolejno przy strzałach z dystansu Martinsa i Medeirosa, to był poziom absolutnie topowy. Godny nie tylko sobotnich, ale również wtorkowych i środowych wieczorów.

Cracovia ten mecz rozegrała naprawdę solidnie pod względem taktycznym. Legia zyskiwała momentami przewagę, szczególnie w drugiej połowie, ale w zdecydowanej większości ataki kończyły się na monotonnym rozgrywaniu wokół pola karnego Pasów, ewentualnie na strzale z dystansu. Trzeba przyznać, że w grze Legii było momentami widać pozytywny luz, może nawet polot.  Medeiros w drugiej połowie mógł się bardzo podobać, strzał przy nieuznanym golu był małym majstersztykiem, ale to starcie pokazało też inną ważną rzecz -ile zespołowi daje sumienna, regularna praca z jednym człowiekiem, który wie co robi. Przy Łazienkowskiej w ostatnich miesiącach przewinęli się: trener juniorów, trener kobiet i świr z Portugalii. W Cracovii od dwóch lat Michał Probierz buduje drużynę według swojej wizji. I to było po prostu widać. Nie wiem czy jest w Polsce druga drużyna, która tak skutecznie potrafi zabijać kontry rywali przy samym ich starcie. Z drugiej strony jednak kamyczek do ogródka Probierza i spółki – wyprowadzanie kontraataków nie wychodziło im kompletnie, a Legia pozwalała w tym aspekcie na dużo.

Na dużo pozwoliła też Cracovia w 94 minucie. Konkretnie Michał Helik. Ciężko powiedzieć co w głowie miał stoper Pasów w tej sytuacji, bo do faulu na Remym rozgrywał bardzo dobry mecz. Czytał grę, skutecznie interweniował, grał na wyprzedzenie, rozpoczynał ataki swojego zespołu. A tutaj odcięło mu prąd w tak kluczowym momencie. Inna sprawa, że rzutu wolnego, który do tej sytuacji doprowadził w ogóle nie powinno być, ale to w żaden sposób Helika nie usprawiedliwia.

To nie był zły mecz Legii, ale było to starcie z kategorii tych, które dla Legionistów mogło i powinno skończyć się gorszym wynikiem. Mimo dwóch poprzeczek ciężko byłoby to spotkanie nazwać dominacją ekipy Vukovicia. Jak to już jednak bywa w ostatnich latach, w Warszawie w rundzie finałowej włączają tryb „wygrywamy mimo wszystko”. W poprzednich trzech sezonach dało to skuteczny efekt końcowy, w tym również tak się zapowiada. Mistrzowie Polski mają już 3 punkty przewagi nad Lechią, a przed nimi tydzień, który może praktycznie zapewnić im tytuł, z punktem kulminacyjnym w sobotę w Gdańsku.