Lech Poznań, piłkarze, radość

Emocje, emocje i jeszcze raz emocje. FK Haugesund – Lech Poznań 3:2

Mecz rozegrany 13-tego, nietypowy, trzeci komplet żółtych strojów, skandynawski klimat, rywale w połowie swojego sezonu – wymówek może być wiele. Jednakże nie ma co ukrywać, że nie tak miał wyglądać czwartkowy wieczór dla wszystkich sympatyków Lecha Poznań, a także samych zawodników ze stolicy Wielkopolski. Przegrana 3:2 to niewątpliwie zawód. Kolejna przykra porażka do niechlubnej kolekcji po Stjarnan czy Žalgirisie… Jednakże możliwe jest zmazanie tej plamy już za tydzień, co napawa sporą nadzieją.

Spotkanie od pierwszej minuty miało dość wysokie tempo. Gospodarze podeszli do poznaniaków zupełnie bez kompleksów. Prowadzili ataki lewą stroną, często wchodzili w pole karne Matusa Putnockiego. Żadna z ekip nie odpuszczała. Lech stawiał raczej na kontry, a piłkarze FK Haugesund wybierali szybkie budowanie akcji, dzięki czemu mieli widoczną, optyczną przewagę. Wypracowali kilka okazji, które przy większym szczęściu mogły być zamienione na bramki. Jednakże najlepszą sytuację miał Lech, kiedy to po składnej akcji prawą stroną Maciej Gajos w 5. minucie przeniósł piłkę minimalnie nad poprzeczką po strzale z dystansu. Zmieniło się to w 24. minucie, kiedy na prowadzenie wyszła drużyna z Norwegii. Sprytnym dryblingiem pod bramką popisał się Liban Abdi i mocnym uderzeniem na długi róg nie dał szans golkiperowi Kolejorza. Około 120 sekund później mogło być już 2:0 dla FK Haugesund, jednak futbolówka po rzucie wolnym z 20 metra wylądowała na poprzeczce, a następnie opuściła boisko. Lechici nadal próbowali „szarpać”, jednakże nic z tego nie wynikało. Wiele niedokładnych podań i dośrodkowań zatrzymywało się na szczelnej defensywie rywali. W poczynaniach Lecha było widać, że są na zupełnie innym etapie rozgrywek – zawodnikom z Poznania brakowało rytmu meczowego, a także odpowiednich reakcji. 43. minuta była tego idealnym przykładem, kiedy w okolicy „wapna” Gajos wywrócił się i nie trafił czysto w piłkę, którą miał wyłożoną niemalże jak na tacy przez Darko Jevticia. Korzystny wynik dla gospodarzy, w oczach kibiców Lecha – niestety, w pełni zasłużony.

W drugiej połowie Poznańska Lokomotywa zaczęła powracać na właściwe tory. Atak pozycyjny zaczynał przypominać Lecha za najlepszych meczów w poprzednim sezonie. Dwie akcje do 55. minuty miały potencjał na bramki. W obu główną rolę odegrał Christian Gytkjær, który zostawał zatrzymywany przez bramkarza FK Haugesund, Pera Kristiana Bråtveita, w tym w sytuacji sama na sam po wypracowanej piłce przez Radosława Majewskiego. W 64. minucie Jevtić próbował swoich sił z dystansu, jednakże jedynie, lub widząc wynik i problemy Lecha, aż – obił poprzeczkę. Podopieczni Nenada Bjelicy zepchnęli Norwegów do głębokiej defensywy, jednakże brakowało im jakości i wykończenia. Od 70. minuty obserwowaliśmy prawdziwy grad goli. Po tym jak Majewski nie wykorzystał niemalże stuprocentowej sytuacji, szybką kontrę gospodarzy wykończył Haris Hajradinovič w 71. minucie. Asystentem okazał się nikt inny jak Abdi, który cały czas wyróżniał się na boisku. Gdyby tego było mało, w 74. minucie kolejny skalp Lechitom wbił Shuaibu Ibrahim, mijając wychodzącego Putnockiego i dwóch obrońców Kolejorza. Minutę później bramkę głową – tym razem dla Kolejorza – zdobył Majewski po dośrodkowaniu z lewej strony. W doliczonym czasie gry rzut karny podyktowany po faulu na Mihaile Răducie perfekcyjnie wykonał Jevtić.  Piłkarski rollercoaster!

Za tydzień przed Lechem niezwykle trudne zadanie. Co prawda musi wygrać co najmniej 1:0, aby myśleć o kolejnej rundzie eliminacji do Ligi Europy, jednakże można mieć niemalże stuprocentową pewność, że FK Haugesund podjedzie pod INEA Stadion autobusem, aby postawić go… na samej murawie. Kolejorz nie lubi grać przeciwko takiej taktyce, co było widać również dzisiaj, gdy prawie wszyscy zawodnicy norweskiego teamu znajdowali się na swojej połowie.