Reprezentacja

Egzekucja odwleczona do samego końca

Trzy mecze i sprawa załatwiona. Polska po miesiącu bytności w najwyższej dywizji Ligi Narodów, musi się z nią pożegnać. Niech was nie łudzi, że bramka padła w ostatniej minucie i zabrakło tak niewiele. Bramka powinna paść dużo wcześniej i to nie tylko jedna. Włosi bili nas dzisiaj kulturą i organizacją gry pokazując, że pasujemy do tej dywizji jak siodło do krowy.

Już pierwsza akcja spotkania wskazała nam, co nas dzisiaj będzie czekać. Rajd Lorenzo Insigne, któremu nikt nie przeszkadzał, zwieńczył strzał Jorginho, który wylądował na poprzeczce. Włosi tworzyli mnóstwo okazji, więc wypada wymienić jedynie te najlepsze. Po dwie „setki” zmarnowali Bernardeschi oraz Insigne. Zwłaszcza ten drugi powinien pluć w brodę, bo w jednej z tych akcji miał przed sobą w zasadzie jedynie pustą bramkę. Wojtek Szczęsny ratował nas wiele razy, ale zwłaszcza interwencje po strzałach Jorginho oraz Chielliniego były godne klasy światowej. Jedyną niezłą okazję w pierwszej połowie nasza reprezentacja miała w 33. minucie, kiedy strzał Arkadiusza Milika spoza pola karnego zablokował włoski obrońca. Do przerwy był bezbramkowy remis, jednak nie wiadomo jakim cudem.

W przerwie Jerzy Brzęczek wpuścił Kamila Grosickiego i Jakuba Błaszczykowskiego, co od razu ożywiło naszą grę. Zwłaszcza gracz Hull City był bardzo aktywny, jego rajdy były postrachem dla Biraghiego oraz Florenziego. Pierwszą niezłą okazję „Turbogrosik” zmarnował w 58. minucie, po fantastycznym przerzucie Zielińskiego. Chwilę potem równie dobrą okazję spartolił Chiesa. Przed jeszcze lepszą szansą Polska stanęła w 63. minucie, kiedy piłkę Verrattiemu zabrał Milik, a ten zagrał na wybieg do Grosickiego. Cóż jednak z tego, skoro bramka nie padła. Przed jeszcze lepszą, w zasadzie najlepszą okazją duet Grosicki – Milik stanął w 73. minucie. Najpierw sytuację sam na sam miał Grosicki, a Milik zamiast dobić pogubionego Donnarummę uderzył oczywiście nad bramką. W drugiej połowie największy szum w drużynie naszych rywali robił Bernardeschi, marnując sytuację za sytuacją. Wydawało się, że zmiana gracza Juventusu w 79. minucie spotkania, zakończy nasze męki. Faktycznie, po jego zejściu Włosi atakowali deczko z mniejszym rozmachem. W doliczonym czasie gry stadion jęknął z rozczarowania po strzale Glika w ręce Donnarummy. Chwilę potem Kocioł Czarownic zupełnie ostygł. Ostygł, ponieważ piłka wreszcie zatrzepotała w bramce Szczęsnego. Sprawcą tego nieszczęścia Christiano Biraghi, dla którego była to premierowa bramka w drużynie narodowej. Bramka, która daje utrzymanie Włochom w dywizji A. Trzeba dodać, że kryjący Biraghiego Jędrzejczyk zupełnie się pogubił i nawet nie miał cienia szansy na uratowanie sytuacji. Mieli nosa kibice, którzy wygwizdali Jędrzejczyka, bo z tą zmianą Jerzy Brzęczek faktycznie trafił niczym kulą w płot. Teraz Jerzy Brzęczek na mecz z Portugalią może sobie wystawić Alana Urygę czy nawet Seweryna Kiełpina (z całym szacunkiem dla obu panów), bo tamte spotkanie nie będzie miało dla nas żadnego znaczenia.