728ec1804d0ea

Derby Kukurydzy dla B-B. Jacek Zieliński znów zaczyna od zwycięstwa, jednak to dla niego chyba jedyny pozytyw

Na którejś stronie piłkarskiej pod artykułem o legendarnym rzucie rożnym Jagiellonii przeczytałem komentarz w stylu „Ekstraklasa powinna promować elementy kabaretowe, a nie czysto piłkarskie, gdyż tam ma większy potencjał”.

No jeśli faktycznie ktoś miałby takie plany, to spotkanie B-B z Sandecją, legendarne „Derby Kukurydzy” powinny w tym materiale być zawarte. Śpiączka próbujący robić szczupaka kilkadziesiąt metrów OBOK bramki. Gliwa wykopujący wprost pod nogi napastnika Bruk-Betu, wyrzut piłki z autu w aut (już drugi w tej kolejce!), Stefanik robiący ruletkę przed swoim polem karnym w taki sposób, że stracił futbolówkę. Kabarecik.

W drugiej połowie ciekawie było, jak Śpiączka podawał do Marciniaka (tak, Szymona, sędziego), jak Guba wpadał w Szufryna – ten pierwszy odbił się jak od ściany, ten drugi nawet nie drgnął. No jeśli to są akcje warte odnotowania, to już macie pojęcie, jak ten mecz wyglądał. Trzeba jednak przyznać, że dryblingi obrońców samych ze sobą były całkiem imponujące. Bartosz strzelający z dwóch metrów głową… kilka metrów ponad bramkę. Albo to piłka nastrzeliła jego? Okej, Stefanik przebił sam siebie i swoją ruletę strzelając z 5 metrów wysoko wysooooko ponad bramką. No ja wiem, że to z woleja, ale…

Idealna puenta tego meczu? Tak myślałem w pierwszej połowie, że byłby to samobój. Moje myśli stały się prawdą – Adrian Basta zdobył samobója karkiem po jednej z miliona bezsensownych wrzutek w pole karne.

Sandecja od początku sezonu nie wylądowała w strefie spadkowej. Wszystko co dobre jednak kiedyś się kończy.