02.05.2017, Lech Poznan - Arka Gdynia Warszawa, PGE Narodowy, Puchar Polski, Mecz

Arka znowu z superpucharem! Legia po raz kolejny może tylko na niego spojrzyć.

Nawet przyjemny był powrót do polskiej szarzyzny futbolowej. W meczu o Superpuchar Polski Arka Gdynia pokonała Legię Warszawa 3:2 i można powiedzieć, że widzieliśmy wszystko, co w dobrym meczu być powinno. Były zwroty akcji, piękne bramki, emocje do samego końca. Oby mecze ligowe też tak wyglądały!

Mecz został otwarty spektakularnie. Wprawdzie dryblingi Vesovicia przypominały ogrywanie przedszkolaków przez gimnazjalistę, jednak ten niezbyt porywający rajd Czarnogórca zakończył się golem. Zagranie Vesovicia wykończył Bohdanov, który postanowił uprzedzić wbiegających legionistów, nie dając żadnych szans Steinborsowi. Gdynianie mogli szybko wyrównać, bo już w 11. minucie, jednak Zarandia nie wykorzystał świetnego przerzutu Wieteski, który też chyba zapomniał, dla której drużyny gra. Co się jednak odwlecze, to nie uciecze. Po wrzutce Marciniaka, Gruzin ładnym strzałem tym razem pokonał Malarza. Trzeba dodać, że nie popisali się wahadłowi Legii, którzy zupełnie nie pilnowali wyżej wymienionych zawodników Arki. Fatalnie zachował się zwłaszcza Kucharczyk, który zamiast pilnować Zarandię, stał 3 metry za nim. „Wojskowi” nie godzili się na taki stan rzeczy i po pół godzinie gry strzelili drugą bramkę. Po nietypowym, płaskim zagraniu z rzutu rożnego, bramkę zdobył Chris Philipps. Przy tej bramce asystował Mączyński, jednak na tym nie poprzestał. W 37. minucie sfaulował Bohdanova, a sam poszkodowany atomowym strzałem z rzutu wolnego nie dał szans Malarzowi. Kiedy wydawało się, że do przerwy utrzyma się wynik remisowy, kryty na radar Michał Janota spokojnie pokonał bezradnego Malarza. Wszystkie te bramki łączy jedno – niski pressing. Zwłaszcza przy bramkach na 1:1 i 2:3 ewidentnie było widać wdrażanie strategii Adama Nawałki z ostatniego naszego meczu na mundialu. W innym wypadku, takie „krycie” zakrawa o sabotaż.

W drugiej połowie Dean Klafurić wprowadził posiłki w postaci Cafu oraz świeżo pozyskanego Carlitosa. Zwłaszcza ten drugi dwoił się i troił, by jego drużyna doprowadziła do remisu, jednak ani jego zagrania, ani strzały nie znalazły drogi do bramki (chyba że wliczamy te z pozycji spalonej). Wynik jednak się nie zmienił i „żółto-niebiescy” znowu mogli się cieszyć ze zdobycia Superpucharu Polski. Trener Zbigniew Smółka zaś w swoim debiucie w drużynie Arki może się pochwalić zdobytym trofeum. Wprawdzie Superpuchar Polski nie jest najbardziej prestiżową nagrodą, jednak wielu bardziej doświadczonych kolegów po fachu nawet takim trofeum nie może się pochwalić. Za to wpuszczony w końcówce Tadeusz Socha, może się pochwalić trzecim superpucharem w karierze, zapisując się w annałach tych rozgrywek. Dla „Wojskowych” jest to już 6. porażka z rzędu (!) w tych rozgrywkach i śmiało można powiedzieć, że nad tym zespołem wisi klątwa odnośnie tego trofeum. Nieważne czy przeciwnikiem Legii jest Lech Poznań, Śląsk Wrocław, Arka Gdynia czy bydgoski Zawisza – zawsze kończy się tym samym. Sama porażka nie jest największym problemem w obliczu nadchodzącej rywalizacji w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Tak dziurawa defensywa starczy na drużyny pokroju Cork i to przy odrobinie szczęścia. W następnej rundzie rywal będzie bardziej wymagający i jeśli trener Klafurić nic z tym nie zrobi, skończy to się jeszcze większą klapą niż w ubiegłorocznej kampanii.