sg

72 pieprzone lata

72 lata. Tyle Cracovia czekała na to, aby móc w klubowej gablocie umieścić kolejne trofeum. W 1948 roku Polska goiła rany po II Wojnie Światowej, Warszawa mozolnie się odradzała, a dopiero kilka lat później rozpoczęła się budowa Pałacu Kultury i Nauki. To pokazuje skalę wydarzenia, jakie miało miejsce w Lublinie.

To jest historia piękna na wielu frontach, której aktami były kolejne mecze, a zwieńczeniem decydująca bramka zdobyta przez chłopaka, który w klubie jest od dziecka. Gdyby to był hollywoodzki film, to pewnie krytycy kręciliby głową na to, że jest zbyt kolorowy i patetyczny. Ale tę historię napisało życie, na taki jej finał przez długie lata niezmordowanie czekały tysiące.

Ktoś może powiedzieć, że wyolbrzymiam, że jestem nieobiektywny(to może akurat całkiem solidny argument, nie przeczę), że przecież wiele drużyn wygrywało to trofeum przed Cracovią i wiele wygra je po niej. To prawda, ale tego, ile znaczy ten triumf dla kibiców Cracovii nie zrozumie ten, który nigdy żadnego z nich nie poznał. Dziesiątki lat testu charakteru dla takich osób jak Stanisław Malec, który ma na koncie już grubo ponad 500 ligowych meczów Cracovii z rzędu i pewnie gdyby zliczyć wszystkie przejechane za nią kilometry, to okazałoby się, że spokojnie mógłby dotrzeć do innej galaktyki. Tak samo jest w przypadku tysięcy innych kibiców, którzy wytrzymali lata gry w niższych ligach i związanych z tym podróży do Lubartowa, Staszowa, Niedźwiedzia, Starachowic, Pińczowa czy Stróż. Wytrzymali kolejne upokorzenia, które najczęściej przychodziły zaraz po rozbudzeniu nadziei, że teraz to na pewno będzie lepiej. Wszyscy otrzymali za to prezent, najlepszy z możliwych.

Zresztą sama droga Cracovii do zdobycia trofeum idealnie oddaje jej historię, nawet jeśli zwęzimy ją tylko do czasów Michała Probierza. Pełno przeszkód, przeciwności losu. Cztery dogrywki, seria rzutów karnych, wreszcie decydujące bramki zdobywane w ostatnich minutach. W czasie całej tej kampanii Pasy wielokrotnie miały gdzie się wywrócić. Jak to barwnie tłumaczył świętej pamięci Jerzy Pilch – jeśli Cracovia ma stracić bramkę, to na pewno ją straci. Tutaj jednak tak się nie stało. Wielokrotnie Michałowi Probierzowi zarzucano, że mimo już trzech lat spędzonych w Cracovii, nadal za bardzo nie widać odciśniętego przez niego piętna. Ten rok pokazał jednak zmianę, jaką Probierz przy Kałuży dokonał. Pod względami czysto piłkarskimi oczywiście można się spierać, kwestia gustu, ale mentalnie Pasy zrobiły ogromny krok do przodu. Dawna Cracovia nie wyrównałaby w końcówce w Bytowie, nie zdobyłaby kluczowej bramki w dogrywce w Tychach, wreszcie nie podniosłaby się po golu na straconym w 85. minucie najważniejszego meczu w jej nowożytnej historii. Cracovia Michała Probierza jednak to wszystko zrobiła i tego już nikt mu nie zabierze.

Zresztą po samym Probierzu widać było jak dużo znaczy dla niego ten sukces, jak wielkie ciśnienie z niego zeszło. Najlepiej pokazał to obrazek już spod stadionu przy Kałuży, w okolicach 6 rano. Probierz, wciąż z medalem zawieszonym na szyi, wyszedł do kibiców i sam zaintonował głośno „Tylko Pasy! Tylko Cracovia!”, a następnie klubowy hymn. Jego relacja z kibicami Pasów jest bardzo specyficzna, za co winą obarczyć można spokojnie obie strony. To po prostu szorstka miłość, której uczestnicy nie kryją się z dosadnym wskazywaniem błędów drugiego. Wszystko w oparciu o wspólne dobro, które wreszcie udało się przekuć w praktykę. Dzięki temu całe pokolenia kibiców dostały to, na co czekały całe życie. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze.

fot. cracovia.pl